Witamy w kolebce parkrun! BUSHY PARKRUN za nami

Selfie tuż przed startem ;-)

Bushy Park. Jak można wyczytać w Internecie, jest to drugi pod względem wielkości spośród królewskich parków w Londynie (liczy 445 hektarów). Leży w południowo-zachodniej części miasta, w dzielnicy Richmond. Leży w zakolu Tamizy, otoczony przez rzekę z trzech stron. Większa część parku jest otwarta publicznie, i to pomimo, że żyją w nim na całkowitej swobodzie liczne zwierzęta. Najbardziej widoczne są jelenie i daniele, których całe stada biegają po parku. Podczas wojen światowych w Bushy Park najpierw uruchomiono szpital dla kanadyjskich żołnierzy, a potem alianccy generałowie właśnie tam planowali lądowanie w Normandii.

Zwróćcie uwagę na kierunek ruchu samochodów ;-) To chyba najdziwniejszy zwyczaj na Wyspach

Dla nas jednak ten park ma zupełnie inne znaczenie! To właśnie tutaj w sobotę 2 października 2004 r. 13 osób po raz pierwszy przemierzyło trasę parkrun! Jest to więc kolebka parkrun, gdzie wszystko się zaczęło. Co ciekawe pierwotna nazwa parkrun brzmiała właśnie „Bushy Park Time Trial” i to aż do 2008 roku ;-)

Tłum biegaczy tuż przed startem

Po kilku latach aktywnego uczestniczenia w parkrun w Polsce, po wzięciu udziału w prawie stu biegach parkrun, po odbyciu kilkudziesięciu wolontariatów i niezwykle aktywnym zaangażowaniu się w prowadzenie biegów parkrun w Poznaniu, doszliśmy do jednego wniosku. Pora na sprawdzenie na własne oczy, jak wygląda ta „Mekka” biegów parkrun!!! Po kilku miesiącach planowania, wreszcie 22 października 2016 roku stawiliśmy się więc na Bushy parkrun w Londynie. W tę właśnie mglistą sobotę przypadł już #649 bieg najstarszego parkrun na świecie. Pogoda wypadła w zasadzie idealna do biegania, było ok. 10 stopni i nie padało. Ja jako zmarzluch ubrałem się jednak na długo i z czapką na głowie, ale mój biegowy parkrunowy towarzysz biegł ubrany na krótko i jakoś nie zamarzł ;-)

 Ścieżka prowadząca na miejsce startu

Trenuję sobie przed biegiem, truchtając po tunelu mety

Z naszego hotelu dojazd do Bushy zajął nam niecałą godzinę. Podróżowaliśmy autobusem miejskim, ale tym razem niestety nie przyjechał klasyczny londyński „piętrus”. Co ciekawe w londyńskiej komunikacji publicznej nie kupuje się żadnych biletów, po prostu przy wejściu wystarczy zbliżyć do czytnika swoją kartę bankową. Po drodze mijaliśmy park Richmond, gdzie też odbywa się bieg parkrun. Po dojechaniu na właściwy przystanek mieliśmy ponad godzinę czasu do legendarnej godziny 9 ;-) Skorzystaliśmy więc z najbliższej kawiarni, gdzie rozgrzaliśmy się dobrą poranną londyńską kawą.

Duuużo jeleni!

Do samego parku mieliśmy już całkiem niedaleko. Przywitał nas on niesamowitym klimatem, spowodowanym przede wszystkim gęstą mgłą. Dojście na miejsce startu parkrun oznacza kilkuminutowy spacer, ale jaki to był spacer! Po drodze spotkaliśmy pierwsze jelenie, najpierw jeden z wielkimi rogami, a potem całe stado ;-) Widok był niesamowity, szybko przełamaliśmy obawę bezpośredniego spotkania z rogami tych stworzeń, tym bardziej, że zaczęliśmy spotykać małe grupki biegaczy zmierzających najwidoczniej również w kierunku startu biegu parkrun.

Odprawa dla debiutantów

Można powiedzieć, że Bushy parkrun to cała odrębna historia. Pierwszy raz tysiąc biegaczy wzięło w nim udział w 2012 roku, a na dziesiątą rocznicę linię mety minęło rekordowe 1705 osób! Byliśmy niezwykle ciekawi, jak liczne grono wolontariuszy poradzi sobie z taką liczbą osób na biegu. Rekordy tej trasy są niezwykle wyśrubowane i wynoszą 13:48 wśród panów (rekord światowy parkrun) i 15:58 wśród pań. My oczywiście nawet nie zbliżamy się do takich czasów ;-) To tutaj biegali medaliści olimpijscy, jak chociażby Sonia O’Sullivan czy Mo Farah!

Takie oto klimaty panują na parkrun w Bushy

Po bliższym zapoznaniu się z jeleniami ;-) dotarliśmy na miejsce startu parkrun. Tłum biegaczy powoli gęstniał. Ponieważ zapowiedzieliśmy wcześniej naszą wizytę, zostaliśmy prawie od razu rozpoznani przez wolontariuszy i koordynatorów biegu. Pogawędki były bardzo miłe. Tuż obok startu jest duży parking, który całkowicie zapełnił się samochodami. Start biegu znajduje się na dużej trawiastej polanie, dzięki czemu jest bardzo szeroko i nikt nikomu nie blokuje trasy. Przed startem wzięliśmy udział w odprawie dla debiutantów, gdzie przemiła wolontariuszka pokrótce opowiedziała o zasadach parkrun oraz o przebiegu trasy biegu. Spełniła się jej zapowiedź, że podczas 5-kilometrowej przebieżki będzie się biegło po wszystkich chyba rodzajach nawierzchni. Zaczynaliśmy po prostu na trawie, by po kilkuset metrach ścieżka się zwężyła do szutrowej alejki. Potem przez jakiś czas biegliśmy po ścieżce asfaltowej, potem znowu po szutrze, a na koniec finiszowaliśmy znowu po ścieżce trawiastej.

 Tak wygląda tunel mety

Bez kolejki jestem skanowany z mojej opaski parkrunnowej ;-)

Przed samym startem odbyło się przemiłe przywitanie biegaczy, a koordynator mówił do mikrofonu, dzięki czemu jego głos dobiegał do nas aż z dwóch głośników ;-) Przy takiej masie ludzi zwykła tuba by chyba nie wystarczyła. Koordynator wspomniał o gościach z Polski, co było niezwykle miłe. Ustawiliśmy się w pierwszej linii biegaczy i równiutko o 9 rano wystartowaliśmy. Co ciekawe nie było żadnego odliczania ani nawet głośnego wyraźnego sygnału do startu, po prostu na sam koniec powitania wszyscy w jednym momencie ruszyli do przodu! A my razem z nimi.

Tutaj jest koniec tunelu mety, gdzie otrzymujemy token 

Tak tak, dobrze widzicie! Tunel mety jest tak długi, że zakręca dookoła. Prowadzący żartował, ze u nich tunel mety jest dłuższy niż niejeden parkrun ;-)

Od samego startu mocno do przodu ruszyli wytrawni biegacze, celujący w świetne czasy na mecie. Szybko zniknęli nam z oczu. Biegliśmy swoim tempem, marząc o złamaniu 20 minut, a może o nowym PB? Dobrze przecież byłoby godnie reprezentować nasz kraj w kolebce parkrun ;-) W moim przypadku było to jednak nieco trudne, bo w tygodniu poprzedzającym nasz wyjazd miałem sporo ciężkich treningów. Na pewno nie pomogło również wstawanie w środku nocy na samolot, a potem cały dzień spędzony na zwiedzaniu różnych atrakcji w Londynie ;-) Na trasie w kilku miejscach znajdowali się wolontariusze, tzw. marshalle, którzy kibicowali i wskazywali kierunek biegu.

 Tylko kilka osób na świecie posiada koszulkę ze znaczkiem "500"!!!

Wolontariuszka z wielkim stoperem w kształcie kasy fiskalnej musiała ponad tysiąc razy kliknąć czas ;-) Dała radę bez problemu!

Pierwszy kilometr pobiegłem niesiony emocjami w niezłe 3:35, drugi w 3:55, a trzeci w 4:04. Przedostatni kilometr pękł równo w 4:00, niestety w tym miejscu już nie miałem mocy na szybki finisz, który by pozwolił na nowe PB. W efekcie mój biegowy parkrunowy towarzysz Grzesiek na jakieś 800 metrów przed metą mnie wyprzedził, po chwili miałem jeszcze kilka sekund siły na fajną mocną kontrę, dzięki czemu znowu wyszedłem na chwilowe prowadzenie, ale to było już wszystko, na co mnie było stać w tym dniu ;-) Ostatni kilometr poszedł w 4:07, a mój czas na mecie to 19:41. Otrzymałem token z numerem 62, a Grzesiek zatrzymał zegar na świetnym czasie 19:20, co oznaczało poprawienie PB o godne kilkanaście sekund i świetne 49 miejsce na mecie!

Dostaliśmy pyszne muffinki.

Jak się potem okazało, w biegu wzięło udział aż 1.094 biegaczy, wspieranych przez oszałamiającą liczbę 50 wolontariuszy! Można powiedzieć, że pracy nie zabrakło dla żadnego z nich. Żeby sprawnie obsłużyć taką rzeszę biegaczy, koordynatorzy parkrun mają wyćwiczona do perfekcji sekwencję działań. Jedna osoba mierzyła czas, mając w ręku wielki stoper z kabelkiem, podobny do przenośnej kasy fiskalnej. Następnie biegacze ustawiali się w tunelu mety, który liczył jakieś 300 metrów i był podwójny! W momencie gdy jeden tunel się zapełniał, był on zamykany, a kolejni biegacze udawali się do drugiego równoległego tunelu. Na początku i końcu takiego tunelu jedna osoba trzymała wyraźne oznaczenie, że jest to początek lub koniec kolejki. Na końcu tunelu dwie osoby zajmowały się sprawnym wręczaniem tokenów dla biegaczy. Trwało to wszystko naprawdę bardzo krótko i odbywało się sprawnie.

Nieopodal znajdowały się cztery stanowiska ze skanerami, do których również nie tworzyły się żadne wielkie kolejki. Po biegu kibicowaliśmy i klaskaliśmy pozostałym biegaczom, którzy masowo docierali na metę. Każdy otrzymywał słowa pochwały od wolontariuszy, nawet jeśli ktoś dotarł na metę po 50 minutach albo i dłużej ;-) Na samym końcu dotarła cała grupka wolontariuszy zamykających stawkę. Na koniec zostaliśmy poczęstowani pysznymi muf finkami przez koordynatora biegu. Nie omieszkaliśmy oczywiście zrobić sobie pamiątkowych zdjęć z wszystkimi uczestnikami.

Jeszcze podczas trwania biegu zaczęło się powrotne układanie tokenów, które trafiały do poszczególnych koszyczków podzielonych po 100 sztuk. Po biegu wolontariusze pakowali cały sprzęt – stoliki, wskaźniki, taśmy, a potem duża liczba osób udała się do położonej nieopodal w parku kawiarni, gdzie długo jeszcze trwał gwar rozmów o parkrun i nie tylko ;-) Wyniki zostały umieszczone w systemie już około godziny 11. Organizatorzy ściśle przestrzegali zasady, że brak kodu uczestnika oznacza brak wyniku, na czym ucierpiał chociażby biegacz, który pierwszy dotarł do mety w czasie ok. 16 minut. Do specjalnego zeszytu wpisano tylko ok. 10 osób, których kody okazały się nieczytelne. Jest to świetny wynik jak na ponad tysiąc osób, gdzie praktycznie wszyscy przynieśli swoje kody kreskowe ;-)

Po biegu napisano obszerny raport z biegu (jak co tydzień), tym razem wspomniano również o nas ;-)

http://www.parkrun.org.uk/bushy/news/2016/10/23/run-report-event-no-649-22nd-october-2016/

Wśród biegaczy mnóstwo osób było ubranych w stroje związane z parkrun – widzieliśmy oficjalne „firmowe” koszulki i kurtki z logo parkrun, no i oczywiście mnóstwo osób z liczbami „50” oraz „100” na plecach. Dojrzeliśmy nawet biegacza w koszulce z napisem „500” na plecach.

Najbardziej w Bushy parkrun podobał nam się fakt, że pomimo tak znacznego rozrostu imprezy, tysięcznej rzeszy biegaczy, sam bieg pozostał parkrunem! Założenia są cały czas takie same – ma być możliwie prosto, biegamy zawsze w sobotę rano bez nagród, kto chce ten się ściga, ale istotą jest rzesza biegaczy, dla których liczy się sam udział i wspólne cotygodniowe pokonanie trasy parkrun. Na tym biegu nie ma żadnej komercji, jest za to świetna atmosfera i wsparcie od innych biegaczy. Nie można też zapominać o idei wolontariatu, którą widać tutaj szczególnie przy gigantycznej pracy związanej chociażby z układaniem co tydzień tysiąca tokenów ;-)




Jeżeli tylko macie taką możliwość, zachęcamy do turystyki parkrunowej! Już zwłaszcza wizytę w kolebce parkrun – wyjazd do Anglii, można szczególnie polecić. Na Wyspach odbywa się w każdą sobotę kilkaset parkrunów, z czego sporo w samym Londynie. Jak tylko będziecie w pobliżu – zawitajcie do Bushy Park, gdzie świetna atmosfera pozwoli Wam wyjątkowo przeżyć sobotni poranek ;-)

Na pewno nie była to nasza ostatnia wizyta w kolebce parkrun!!!

Pełne wyniki naszego biegu są tutaj:

Zobacz także

2 komentarzy

  1. Gratuluję Wam !!!
    Super relacja. Dawno nie czytałem tak dobrej relacji :)
    R

    OdpowiedzUsuń

Nieprzychylne, niemiłe i niekulturalne komentarze będą usuwane.

Komentarze

ARCHIWUM