Poznański Maraton



Ten weekend upłynął pod znakiem biegania. W sobotę pobiegłem na dużym luzie parkrun Poznań (mój czas to 24 minuty). Niedziela natomiast to zaplanowany start w poznańskim maratonie. Rok temu debiutowałem tutaj na dystansie maratońskim, wówczas ukończyłem go w czasie 3:44 i byłem wykończony - od 30 kilometra walczyłem tylko o to, żeby tempo utrzymać na poziomie 6.00 min/km. W międzyczasie w kwietniu 2016 r. pobiegłem maraton w Łodzi, gdzie biegło mi się bardzo przyjemnie i do mety doleciałem w czasie poniżej 3:30. Teraz w październikowym starcie w Poznaniu postanowiłem zaszaleć i zrobić coś niekonwencjonalnie ;-) Ruszyliśmy powoli z pacemakerami na 3:30. Szybko jednak zaczął mi w głowie płonąć ogień i systematycznie husaria prowadząca grupę na 3:30 zostawała z tyłu. Po ok. 7 km dogoniłem i trochę nawet przegoniłem grupę biegnącą na czas 3:15 (planowany na mecie). Biegło mi się bardzo dobrze, nie było zmęczenia. Tak to sobie trwało do 23 kilometra, a więc w okolicach przed samą Maltą. Wtedy zaczął się mój powolny zjazd i odjazd sił witalnych ;-) Od tamtej pory biegłem już znacznie wolniej i czułem się coraz gorzej. Ten dystans mną wytarmosił na maksa. Przed stadionem minęła mnie grupa idąca na 3:30.

Na mecie zameldowałem się z czasem 3:35. Do życiówki zabrakło więc kilka minut. Bieg wymęczył mnie maksymalnie. Mówi się trudno ;-) Przynajmniej przez jakieś 60 % dystansu biegłem z przyjemnością na fajny czas ;-) A pod koniec biegu byłem już zwłokami, jak to wygląda na zdjęciu!

Nie lubię biegać w takiej pogodzie, było dosyć zimno, cały czas mokro, zero słońca, tylko mżawka i deszcz. No ale nie ma się co tłumaczyć, w Pile pogoda była podobnie deszczowa a biegło się dobrze.

Zobacz także

1 komentarzy

Nieprzychylne, niemiłe i niekulturalne komentarze będą usuwane.

Komentarze

ARCHIWUM