Udany debiut na 1/2 IM w Chodzieży




Zdjęcie Garnek Mocy - dzięki za fotę i doping na trasie ;-) Gdybym jeszcze umiał czy mógł prosto stawiać lewą nogę podczas biegu, niestety nie jestem w stanie. Często podczas biegu w triatlonie jak jest gorąco, to rozpinam koszulkę tak jak wielu innych zawodników. Jest ona dosyć obcisła i jakoś łatwiej mi się oddycha jak mam ją rozpiętą. Potem jednak zbliżając się do mety, zapinam ją  z powrotem do zdjęć ;-)


Bardzo ładne medale były na mecie w tej imprezie.

Gdzieś tutaj w białym czepku walczę z falami.

Tam między czerwonymi bojami jest nasz start. Ruszyliśmy równo o 9:00 rano. Potem po pierwszym okrążeniu trzeba było te dwie boje ominąć jeszcze raz, a na koniec dopłynąć do brzegu, gdzie było wyjście z wody.

Fajnie zbudowane miasteczko zawodów, strefa mety, finiszera, czerwony dywan  - czego chcieć więcej ;-) Wbiegam na metę po pięciu godzinach wysiłku.


W niedzielę 14 sierpnia 2016 r. zadebiutowałem w Chodzieży na dystansie 1/2 IM, a więc 1.900 m pływania, 90 km rower i 21 km biegu. Świetna organizacja imprezy i piękne miejsce na ściganie!

Pierwotnie mieliśmy ścigać się w Chodzieży na dystansie 1/2 IM w formie sztafety (ja miałem tylko jechać rowerem), ale perturbacje ze składem i dojazdami na miejsce zawodów spowodowały, że trzeba było zmienić koncepcję. Dziękuję organizatorom za sprawne i bezproblemowe przepisanie danych, tak że zamiast sztafety, mogłem sobie spokojnie wystartować indywidualnie na tym samym dystansie.

Do zawodów nie przygotowywałem się w jakikolwiek sposób, podszedłem do nich z marszu. W okolice Chodzieży byliśmy dzień wcześniej i zostaliśmy jeszcze dzień po, w hotelu Sypniewo (obok Margonina). Bardzo przyjemne miejsce, położone nad czystym i sporych rozmiarów jeziorkiem, z ujeżdżalnią koni, kortami tenisowymi, boiskami itd.

Sprawne odebranie pakietu dzień wcześniej i wstawienie roweru do strefy zmian. Przykryłem go folią, ale na szczęście w nocy nie padało. Pogoda w ogóle dopisała, było spokojnie i nie za gorąco - idealnie na dobre ściganie. Startowaliśmy w niedzielę o godzinie 9:00 rano. Na starcie dystansu 1/2 IM stanęło równo sto osób.

Strefa zmian to sporych rozmiarów boisko, każdy miał dużo miejsca dla siebie, nie było na pewno żadnego tłoku. Wreszcie w zawodach każdy mógł skorzystać ze swojego koszyka, gdzie można było poukładać swoje rzeczy, takie jak kask, okulary, buty, numer startowy itd. Mam już dość tych systemów z workami, gdzie trzeba wszystko pakować do worka, potem go gdzieś rzucać, odbierać po zawodach. System koszykowy jest sprawdzony i według mnie najwygodniejszy. Rzeczy leżą pod ręką, nie trzeba nic wysypywać z worka ani niczego szukać, ustawiam sobie rzeczy po kolei według kolejności zakładania i wszystko gra.

Wystartowałem mając na ręku zegarek Suunto,  z pomiarem GPS. Ustawiłem go jednak nie w trybie triatlonu, bowiem nie zamierzałem bawić się w klikanie za każdy razem jak wchodzę czy wychodzę ze strefy zmian. Po prostu ustawiłem, że jadę na rowerze, i widziałem biegnący czas zawodów czy pokonywane kilometry i dystans do końca. Na rowerze korzystałem jeszcze ze standardowego licznika na kierownicy, który pokazywał mi pokonywane kilometry i średnią prędkość od początku jazdy.

Pływanie w Chodzieży obejmowało dwie pętle, startowaliśmy z wody, i trzeba było dwa razy opłynąć boje wracając potem z powrotem do wyjścia z wody. Płynęło mi się dobrze, równo, bez wielkiego zmęczenia, cały czas miałem świadomość jak długi wysiłek mnie jeszcze czeka. Małym zonkiem była niewielka pralka, byłem tym zdziwiony, skoro było nas na starcie raptem tylko sto osób, a dystans tak długi do przepłynięcia. Tak czy siak jakiś pływak dwukrotnie brał na mnie kurs kolizyjny płynąc prawie w poprzek trasy, głowę miał w wodzie więc nie widział gdzie płynie do końca. Musiałem się zatrzymać żeby go przepuścić, bo inaczej doszłoby do kolizji. Po dłuższej chwili znowu widzę, chyba ten sam pływak znowu na mnie płynie, tym razem z drugiej strony po skosie, nie wytrzymałem i jak się zbliżył popukałem go w plecy, tak jakbym pukał do drzwi ;-) Chyba zrozumiał że płynie w złym kierunku i już potem sobie nie przeszkadzaliśmy.

Po pierwszej pętli zerknąłem na zegarek i pokazywał czas 15:30, więc jak na dystans ok. kilometra było całkiem nieźle. Całość myślałem pokonać ok. 35 minut i to mi się udało, druga pętla była trochę dłuższa bo trzeba było jeszcze dopłynąć do brzegu, co zajmowało jakieś 2-3 minuty. Całość dystansu wyniosła u mnie ok. 2 kilometry, a z wody wyszedłem jako 29 pływak z czasem 35:55. Czas może jakiś taki całkiem w porządku, ale co najważniejsze, poza małym chwilowym skurczem w lewej łydce, nie odczuwałem zmęczenia.

Pobiegłem do strefy zmian, która była zlokalizowana na trawiastym boisku. Strefy zmian na trawie są całkiem fajne, bo można spokojnie wszystko odkładać wprost na ziemię podczas przebierania się i nic się nie zapiaszczy ani nie pobrudzi. Szybko udało mi się zdjąć piankę, czepek i okularki, założyłem skarpety, buty na rower, kask i okulary. Po chwili założyłem jeszcze dodatkową koszulkę kolarską, żeby nie zmarznąć na 90 km trasy rowerowej.
Rower obejmował cztery pętle, trasa była przyjemna, fajne widoki. Na pewno nie była to jakaś bardzo łatwa i szybka trasa, było całkiem sporo podjazdów, może nie ostrych, ale na pewno długich i wymagających, przeszkadzał też wiejący momentami dosyć silny wiatr.  Cały czas utrzymywałem średnią w okolicach 32-33 km/h. W połowie dystansu przemknęło mi przez myśl, żeby może spróbować przyspieszyć i wycisnąć np. średnią na mecie ok. 34-35 km/h, ale już nawet gdybym chciał to zrobić, to nogi już raczej na to i tak nie pozwalały. Dałem więc sobie spokój z przyspieszaniem czy rwaniem tempa i skupiłem się na tym, żeby bezpiecznie dojechać do mety ze średnią, która utrzymywała się do tej pory. Ostatecznie na mecie zameldowałem się ze średnią 32,5 km/h. Czas pokonania dystansu 90 km wyniósł oficjalnie 2:48,02, dało mi to 51. miejsce wśród wszystkich triatlonistów.
Na pewno na plus należy organizatorom policzyć idealne wymierzenie trasy, licznik i zegarek pokazał mi, że faktycznie przejechałem co do metra równe 90 kilometrów. Jechałem na zwykłym standardowym rowerze szosowym, zrezygnowałem nawet z lemondki (taka przystawka na kierownicę do jazdy na czas), bo nie chciało mi się jej montować (musiałbym grzebać w owijce, przesuwać licznik itd.).
Początkowa godzina-dwie jazdy na trasie rowerowej było raczej pusto i wygodnie. Wtedy jednak na trasie pojawili się zawodnicy z numerami startowymi w kolorze białym (dystans olimpijski) oraz czarnym (dystans sprinterski). Wtedy zaczęło się robić trochę ciasno na trasie. No ale długo to u mnie nie trwało, bo już w zasadzie kończyłem etap rowerowy.
W strefie zmian po pływaniu biorąc rower zapakowałem do tylnej kieszonki trzy żele ALE (kupione niedawno w Go-sporcie po ok. 6 zł/sztukę) oraz jeden żel o smaku... miodu, który otrzymałem w którymś pakiecie startowym, chyba na zawodach w Gdyni. Te trzy żele ALE zjadłem w pierwszej kolejności, obliczałem żeby po nie sięgać co około pół godziny jazdy, trzeciego z tego co pamiętam zjadłem w połowie dystansu rowerowego, a więc po pokonaniu ok. 50 kilometrów. Został mi jeszcze ten żel o smaku miodowym, zjadłem go w okolicach 70 kilometra, kiedy już w zasadzie ledwo jechałem. Smakował mi najlepiej ze wszystkich!
Do tego na trasie chwyciłem jeden batonik od wolontariuszy, który zjadłem, ale jakoś nie myślę żeby mi specjalnie pomógł w wysiłku.
Jeżeli chodzi o nawodnienie, to na rowerze miałem dwie butelki kupione w jakiejś Żabce - jeden sok pomarańczowy wypity dosyć szybko, i druga butelka zwykłej wody 0,5 litra czy coś takiego. Pod koniec roweru oba napoje mi się już skończyły, więc jeszcze chwyciłem od wolontariusza buteleczkę wody, którą wypiłem tuż przed końcem roweru.
Wjechałem do strefy zmian, zszedłem z roweru i potruchtałem do mojego miejsca. Przez dłuższy moment jeszcze podczas biegu z rowerem, mocno dokuczało mi lewe kolano (to z którym zawsze mam problemy z bólem w rzepce), po odstawieniu roweru odsapnąłem chwilkę, rozruszałem nogę, porozciągałem, i po uszykowaniu się do biegu, ruszyłem na trasę. Na szczęście ból zniknął!
Przesunąłem numer startowy do przodu i zacząłem bieg.
Bieganie to piękna trasa dookoła jeziora w Chodzieży. Równe szerokie chodniki, fajne osłonięte od słońca i wiatru ścieżki - biegło się naprawdę super. Cztery okrążenia wokół jeziora, każdy kilometr oznaczony tablicami, każde okrążenie miało po 5 km z hakiem. Licząc dobieg do mety wychodził idealnie równy półmaraton.
Ruszając na trasę biegową zegarek wyświetlał mi, że mój start trwa już 3:29. Ten czas miałem w głowie obliczając cały czas co uda mi się wywalczyć na mecie. Po dłuższej chwili biegu doszedłem do wniosku, że złamanie 5 godzin raczej się nie uda, musiałbym bowiem poprawić życiówkę w półmaratonie (1:32 z Berlina). No ale nic, biegnę swoje.
Na trasie biegu wyprzedziła mnie bodajże tylko jedna osoba, natomiast ja sam wyprzedzałem naprawdę sporo osób. Byli to głównie biegacze z krótszych dystansów, ale co mnie cieszyło, również całkiem sporo osób z czerwonymi numerami, walczącymi tak jak ja na dystansie 1/2 IM, a więc najdłuższym w Chodzieży. Potem już do nie do końca było wiadomo kto kogo wyprzedza, bo ktoś mógł robić np. dopiero swoje drugie okrążenie, a ja trzecie (albo na odwrót). Zrobił się taki misz-masz, no więc każdy biegł swoje, na tyle na ile miał sił i ochoty do walki.
Po dwóch okrążeniach spotkałem na trasie moją rodzinę, która głośno mi dopingowała. Zdążyłem tylko przybić piątkę mocy i krzyknąć, że mam jeszcze dwa okrążenia do zrobienia. Po trzecim kółku krzyknąłem, że robię jeszcze tylko jedno kółko i gdzieś za 25 minut mają na mnie czekać na mecie ;-)
I tak też było. Na ok. kilometr przed metą zrównałem się z dwoma zawodnikami z czerwonymi numerami. Zapytałem które kółko robią, jeden zażartował, że ósme, a drugi odpowiedział, że już kończą do mety. ucieszyłem się, że jeszcze dwóch zawodników dogoniłem i przegoniłem pod sam koniec ;-)
Wbiegłem na metę i odebrałem piękny medal. Jak potem sprawdziłem w wynikach, półmaraton pokonałem w czasie 1:38,44, co dało mi 29. miejsce open w biegu. Z takiego czasu jestem bardzo zadowolony, jeszcze rok temu była to moja życiówka w półmaratonie. W snach marzyłem o czasie rzędu 1:40, a z 1:45 też byłbym zadowolony. A tu taka niespodzianka i całkiem fajny czas.


- pływanie 35:55 i 29 miejsce
- rower 2:48,02 i 51 miejsce
- bieg 1:38,44 i 29 miejsce
Ostatecznie zająłem 38. miejsce open z czasem 5:07,46. Aby złamać graniczną barierę 5 godzin, jedyne co trzeba poprawić, to wytrzymałość na rowerze.

W tym sezonie na tak długim dystansie już nie wystartuję. O złamaniu granicy 5 godzin na 1/2 IM trzeba będzie pomyśleć w przyszłym roku ;-)

A już za tydzień w niedzielę mam kolejny start - w Ośno Triatlon Weekend na dystansie 1/4 IM na szosie. Też szykują się fajne rodzinne i kameralne zawody, mam nadzieję że uda mi się wypocząć po niedzielnym wysiłku i będę miał siły na szybkie zawody. Póki co w poniedziałek i wtorek nic nie robiłem i nadal mam potężne zakwasy po niedzieli ;-)

 Niby kameralny start, 100 osób, ale tłok całkiem spory.

 Idealne przygotowana strefa zmian. Wzorowo!



Na szczęście takie rośliny nie pływały na trasie zawodów ;-)

Zobacz także

0 komentarzy

Nieprzychylne, niemiłe i niekulturalne komentarze będą usuwane.

Komentarze

ARCHIWUM