Mój drugi maraton - Łódź 17 kwietnia 2016 r.



Wczoraj - w niedzielę 17 kwietnia w moje imieniny ;-) wziąłem udział w DOZ Łódzkim Maratonie. Impreza zorganizowana na najwyższym poziomie, aż dziw bierze, że łącznie w biegu na dyszkę i maratonie bierze udział "tylko" ok. 5 tys. osób. W porównaniu do innych imprez biegowych Łódź według mnie wyróżnia się bardzo na plus, a mam spore porównanie, a w samej Łodzi biegałem już kilka razy np. na dyszki. Dbałość o biegaczy, atrakcyjność trasy, meta w Atlas Arenie, bogactwo pakietów startowych - to wszystko jest zawsze zorganizowane świetnie.

Pierwszy maraton pobiegłem w październiku zeszłego roku w Poznaniu, gdzie miałem czas na mecie ok. 3:44, a po 30 kilometrze podręcznikowo umarłem i tempo mi spadło do grubo ponad 6 min/km, ledwo dobiegając do mety. Tym razem postanowiłem, że będzie inaczej.

Startowaliśmy w niedzielę o 9 rano. Udało mi się zaparkować całkiem niedaleko miejsca startu i mety. Na miejsce startu dotarłem o 8:45 i ustawiłem się w kolejce do toi-toiki, z tym że nie do tych, co trzeba - jak się potem okazało, mnóstwo pustych stało nieopodal dla dystansu maratońskiego, a ja przepychałem się do tych przeznaczonych dla biegaczy na 10 km ;-) To spowodowało, że po przyjściu na start biegu musiałem ustawić się całkiem z tyłu.

Moment startu był bardzo energetyczny, bo tuż obok nas w drugą stronę ruszył bieg na 10 km i można było dopingować i przybijać piątki z biegaczami. Zanim się doczłapałem do linii maty startowej, minęło sporo sekund i zacząłem bieg prawie całkiem z tyłu. Chciałem poszukać jakichś pasujących balonów z pacemakerami, wyglądało to tak, że po 1 km wyprzedziłem balony prowadzące na czas 4:30, po kolejnym kilometrze na 4:00, gdzieś na 4 km wyprzedziłem baloniki prowadzące na 3:45, a na 5 km widziałem baloniki z wypisanym czasem 3:30. Wyprzedziłem je i biegłem swoim tempem.

Innych baloników już nie złapałem, jedynie na agrafce w połowie dystansu dosyć daleko z przodu widziałem baloniki na 3:15, a to już dla mnie jeszcze zbyt szybkie tempo maratońskie. Tak czy siak dosyć mocno wyprzedziłem baloniki prowadzące na 3:30. Do tego jeszcze miałem sporo minut zapasu nad nimi biorąc pod uwagę czas netto, skoro startowałem prawie z ostatnich linii, a baloniki wystartowały całkiem z przodu.

Pogoda była do biegania bardzo dobra, nie to co w Poznaniu, gdzie przez cały półmaraton lał deszcz. W Łodzi było aż za ciepło, deszcz nie padał ani przez chwilę, świeciło dosyć mocne słońce.

Pierwsze 5 km pokonałem w czasie 23:02, a dyszka padła w 47:20. Połowę dystansu pokonałem w ok. 1:41.

Muszę przyznać, że samopoczucie od samego początku nie było najlepsze. Przez pierwsze kilka kilometrów mocno kłuło mnie w lewym kolanie, które ciągle sprawia mi problemy. Wiedziałem jednak, że trzeba to przetrzymać, rzepka się rozgrzeje to ból minie. I tak się stało, od 10 km kolano nie stanowiło już problemu.

Samopoczucie nie było jednak rewelacyjne, od połówki biegło mi się już coraz ciężej. Momentami miałem spore problemy z oddychaniem, tak jakby brakowało mi powietrza. Miałem jednak wrażenie, że biegnę cały czas na niskim tętnie, oczywiście bez pulsometru to tylko subiektywne wrażenie czy odczucie, ale pocieszało mnie to, że przynajmniej nie rozwala mnie od środka ;-)

Pomimo ciężkich nóg postanowiłem, że utrzymam tempo tak długo jak się da.

Trasa była świetna, biegliśmy ulicą Piotrkowską, obok zabytków, mijaliśmy stare kamienice, wytwórnię filmową, centra handlowe. Dłuższą chwilę biegłem w grupie 4 biegaczy z jednej grupy biegowej bodajże z Żor, z ich rozmowy wywnioskowałem, że biegną na czas 3:26, co mi odpowiadało. W momentach mocniejszego wiatru chowałem się za ich plecami i biegło się troszkę lepiej.

Trzymałem się cały czas dobrego średniego tempa poniżej 5 min/km. Tak dobiegłem aż do 34 kilometra, w sumie to już od 30 kilometra powtarzałem sobie, że została jeszcze dyszka i potem odliczałem w dół ;-) Łatwiej też pominąć ostatnie 2 niejako dodatkowe kilometry, które zawsze jakoś się dokula do mety.

Od 35 km, kiedy do mety został już tylko praktycznie dystans parkruna, biegło mi się już naprawdę ciężko. I tak byłem zadowolony, że kryzys przyszedł dopiero na 35 km, a nie jak w Poznaniu, kiedy złapało mnie już gdzieś na 28 km. I teraz pomimo męczarni z biegiem, udawało mi się trzymać tempo rzędu 5:04 - 5:15 min/km.  No to już było lepsze, jak sobie przypomniałem kryzys pod koniec w Poznaniu, gdzie nie mogłem zejść poniżej 6 min/km na koniec biegu.

Przed samym startem zjadłem dwa żele ALE, a podczas samego biegu korzystałem tylko z wody oraz izotoników w bufetach na trasie. Jeden żel był w pakiecie, a drugi kupiłem na expo. Na 28 km trasy w bufecie były dostępne żele ALE, porwałem ze stolika 2 żele i je zjadłem jeden po drugim. Poza tym na trasie nie jadłem kompletnie nic, żadnych owoców ani niczego takiego. I było to dobre rozwiązanie, nie miałem kryzysu energetycznego, pewnie te żele trochę pomogły. Do tego nie stawałem ani razu za potrzebą, chociaż momentami myślałem, że będę musiał - ale spokojnie dobiegłem do mety bez zatrzymywania się na żadne przestoje.

W okolicach 35 km wbiegliśmy na trasę biegu na 10 km ALE, który ruszał razem z nami. Oczywiście biegaczy na dyszkę już dawno na trasie nie było, ale pozostały oznaczenia kilometrów do mety. Wiedziałem już, że to całkiem niedaleko. Pozostała tylko jedna pętla wokół zielonego parku i łódzkiego ZOO.

Na 38 km dogoniły i wyprzedziły mnie baloniki prowadzące na 3:30. Wydawało mi się, że biegną na czas lepszy niż te 3:30 i zostawiłem je w spokoju, nie miałem już siły żeby się ich utrzymać, dystans między nami wzrósł do ok. 300 metrów. Wiedziałem jednak, że jest spora różnica w czasach netto/brutto, a zegarek cały czas pokazywał mi, że na mecie mam cały czas szanse na fajny wynik.

I to się potwierdziło, wbiegłem na metę w Atlas Arenie z czasem netto 3:29,02. Poprawa o jakieś 15 minut na dystansie maratonu daje sporo radości. I co najważniejsze dobiegłem do mety w zdrowiu, byłem w stanie chodzić (wolno bo wolno, ale zawsze jakoś) a nawet spokojnie prowadzić samochód. Dało mi to 311. miejsce na ponad 1.700 biegaczy na mecie.

Pełne wyniki maratonu są tutaj.

O ile dobrze pamiętam to już ok. 2 km do mety.

Co jest fajne, to na trasie bardzo mało osób mnie wyprzedziło, to raczej ja mijałem ludzi w kryzysach, którzy już ledwo szli, albo próbowali przeciwdziałać skurczom i innym problemom. Cały dystans pokonałem ze średnim tempem 4:57 min/km, po 10 km zajmowałem miejsce 380, na połówce 406, a po 30 km 370. W trakcie biegu więc udało mi się wyprzedzić nawet ok. 100 osób na trasie, skoro finalnie zmierzono mi 311. miejsce OPEN. Drugą połowę pobiegłem wolniej o 7 minut (ok. 1/ 1:41  2/ 1:48), ale jak widać inni zwalniali jeszcze bardziej ;-)

Do poprawy na pewno mam wytrzymałość biegową, nie sądzę, żebym był w stanie jakoś specjalnie szybciej pobiec pierwszą część maratonu, ale znacznie łatwiej byłoby utrzymać takie samo tempo w drugiej części biegu. Biegnąc pierwszą i drugą połowę po 1:41, na mecie osiągam czas 3:22. I to będzie mój cel na kolejny maraton ;-)









Zobacz także

3 komentarzy

  1. Brawo, gratulacje! Ciekawa relacja.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję nowego rekordu. :) Treningi wytrzymałości tempowej rzeczywiście dużo dają. Mnie dzięki nim udało się tak bardzo nie zwolnić w drugiej części półmaratonu. Z Twojego opisu wynika, że pobiegłeś połowę tego maratonu minutę szybciej niż ja cały półmaraton. ;)

    OdpowiedzUsuń

Nieprzychylne, niemiłe i niekulturalne komentarze będą usuwane.

Komentarze

ARCHIWUM