Berlin Półmaraton i nowa życiówka 1:32,35 ;-)







W niedzielę 3 kwietnia 2016 r. pobiegłem w półmaratonie w Berlinie.


Ale po kolei!

Do Berlina dojechaliśmy w sobotę, trasa minęła bardzo szybko. Korków nie było praktycznie żadnych, cały czas autostradą aż do samego Berlina. Ciągle drożeje u nas autostrada, teraz za przejazd odcinkiem Poznań - granica z Niemcami musiałem zapłacić już 36 zł. Po niemieckiej stronie za darmo, ale uczciwie trzeba przyznać, że nawierzchnia u nas znacznie lepsza.

Po drodze do Berlina (ok. 30 km przed miastem) zajechaliśmy jeszcze do centrum handlowego A10, jest to wielkie centrum handlowe, wygląda podobnie do naszych sklepów takich jak na Franowie, tyle że naprawdę bardzo duże.

Mieszkaliśmy w hotelu o nazwie Olivaer Apart Hotel, znaleźliśmy go na booking.com. Za dwie noce zapłaciłem ok. 130 EURO, pokój był bardzo duży i z balkonem. Standard raczej turystyczny, ale lokalizacja świetna - jakieś 200 m do alei Kudamm.

Po zostawieniu rzeczy w hotelu i zaparkowaniu samochodu (zawsze jest z tym trochę stresu w nowym miejscu - czy w ogóle w centrum wielkiej metropolii będzie gdzie zaparkować, strefy, opłaty za parking itd.) pojechaliśmy do miejsca, gdzie można było odebrać pakiety startowe. Dotarliśmy tam dosyć szybko, U-Bahn (berlińskie metro) funkcjonuje jak zawsze bez żadnych zarzutów.



Z tym, że poruszanie się po mieście z dwójką dzieci, w tym Tosią w wózku, okazało się być jednak bardzo męczące - nie dość że trzeba ich pilnować żeby nigdzie same nie odeszły, to jeszcze musiałem dźwigać często cały wózek z tobołami (woda, picie, zakupy) po długich schodach na metrze (nie wszędzie były windy).

Po wszystkich wizytach w sklepach, metrach, centrach handlowych wieczorem jak się położyłem, moje nogi przypominały ołów. Nie wróżyło to dobrze co do szybkiego biegania. Zamiast odpoczywać i robić delikatny chill-out, my lataliśmy po całym Berlinie z dziećmi, zwiedzając i latając po sklepach ;-(

Expo na berlińskiej imprezie to wielkie przedsięwzięcie. Tutaj można obejrzeć filmik. Już na samym wejściu jest podział i w jedno miejsce gdzie wydawano pakiety wpuszczano tylko biegaczy, a osoby towarzyszące mogły sobie wejść tylko do wielkiej hali wystawienniczo-targowej. Aby wejść do strefy wydawania pakietów, trzeba było pokazać wydrukowany bilet-zaproszenie, które otrzymaliśmy wcześniej na emaila. Potem przechodziło się przez bramki, gdzie nakładano na rękę taką specjalną zieloną opaskę (podobną do hoteli all-inklusiv, ale znacznie lepiej wykonaną, z materiału i z logo imprezy). Nakazano nosić opaskę aż do końca biegu. W sumie nie wiem po co, bo nikt tego nie sprawdzał, patrzono potem na starcie raczej na numery startowe, a nie opaski.

Kolejek do pakietów żadnych nie było, odebrałem od ręki. Pewnie było tak dzięki liczbie okienek, było ich naprawdę mnóstwo, cały szereg punktów. Co zwróciło uwagę to wyjątkowa skrupulatność, oczywiście bez dowodu osobistego nie wydadzą żadnego pakietu, do tego sprawdzali czy ja to naprawdę ja ;-) Na szczęście wszystko poszło sprawnie.

W pakiecie z tego co pamiętam: całkiem znacznych rozmiarów numer startowy, agrafki, chip do pomiaru czasu, sporo ulotek, napój izotoniczny do rozrobienia w proszku, sporych rozmiarów próbka jakiegoś płynu do prania, naklejka z danymi ewentualnie do depozytu. Z hali expo wziąłem jeszcze darmowy kalendarz z rysunkami dzieci o tematyce biegowej do powieszenia na ścianie oraz aktualny numer Berliner Morgenpost. Całość była zapakowana w fajny worek, który będę używał do lansu i np. noszenia rzeczy na basen czy na piłkę.



Hala expo to istny gigant, stoisk było chyba z milion. Żeby obejść całość i choć chwilę rzucić okiem na wystawiane towary, trzeba by poświęcić pewnie z dwie godziny. Można tam było znaleźć wszystko czego dusza zapragnie do biegania i sportu - buty, odzież, elektronika, książki, sporo wystawiało się różnych innych biegów jak np. maraton w Nowym Jorku. Nie miałem czasu ani nawet chęci chodzenia po tych stoiskach, skoro i tak nie miałem w planach nic kupować.

Mając pakiet pojechaliśmy kolejnym metrem na Alexanderplatz, gdzie ponownie musieliśmy trochę pozwiedzać, pooglądać znajome miejsca, no i pochodzić po sklepach.



Wieczorem po zjechaniu z powrotem do hotelu, czułem się bardzo zmęczony, nogi były jak z ołowiu...

Rano ubrałem się na gotowo i biorąc tylko kilka monet na bilety do metra koło 8:30 i po zjedzeniu hotelowego śniadania poszedłem na przystanek metra, żeby pojechać na miejsce startu. Berlin jest tak ogromną metropolią, że nawet bez żadnych korków dojazd na miejsce zabrał mi sporo czasu. Ale na szczęście po przesiadkach wyszedłem z metra tuż obok końcowych linii startowych biegu. Wokół kręciło się już mnóstwo osób z numerami startowymi, zresztą większość osób w metrze to już byli biegacze udający się na start ;-)

Szedłem od końca, więc po drodze mijałem najpierw mnóstwo ciężarówek stanowiących depozyt, a potem strefy startowe. Nie brałem ze sobą nic do depozytu, obawiając się, że przy takim tłumie mogę potem długo czekać na odbiór moich rzeczy. Nic z tych rzeczy - tych ciężarówek ustawiono całe mnóstwo, na każdej były wyraźne oznaczenia, że w danym miejscu przechowywane są worki z numerami np. 20.000 - 20.500. W każdej ciężarówce po kilku wolontariuszy. Wszystko szło niezwykle sprawnie.

W ogóle zwracała uwagę perfekcyjna organizacja biegu, wolontariuszy i osób z obsługi było naprawdę mnóstwo. Cała strefa startu była ogrodzona i wpuszczano biegaczy tylko do odpowiednich stref startowych. Strefy były podzielone na elitę, A, B i tak aż do F. Tłumy były niesamowite, po horyzont było widać biegaczy!



Szedłem i szedłem aż wreszcie znalazłem miejsce po prawej stronie, gdzie kończyła się strefa A, a zaczynała moja strefa B. Strefa A oznaczała czas na mecie poniżej 1:29, natomiast strefa B oznaczała czas rzędu 1:29 - 1:39. Jak się potem okazało, stanąłem w miarę dobrym miejscu i nie narzekałem na tłok podczas biegu.

Niemiecki spiker dużo uwagi poświęcił na bezpieczeństwo medyczne, przestrzegał przed kłuciem w sercu, polecał żeby korzystać z pomocy, pić płyny na każdym przestanku itd. Informację powtórzono po niemiecku i angielsku. 

Wtedy punktualnie o 10:05 wystrzelono na start i wszyscy z przodu ruszyli. My ustawieni nieco bardziej z tyłu też ruszyliśmy, najpierw idąc, potem truchtając, by po ok. 2 minutach minąć maty startowe i mogąc ruszyć do przodu ;-)

Ubrałem się na bieg w zasadzie idealnie - krótkie spodenki, opaski kompresyjne na łydki, buty adidas z decathlonu (koszt 149 zł), na to tylko koszulka z długim rękawem z triatlonu w Bydgoszczy, którą wylicytowałem niedawno na cel charytatywny (WOŚP). Do tego chusta buff na szyi, jednak szybko ją przełożyłem na rękę. Pewnie w koszulce z krótkim rękawkiem byłoby wygodniej, ale nie narzekałem. Przydatne były okulary słoneczne. Na ręku zawsze przydatny zegarek z GPS, pokazujący mi tempo kolejnych kilometrów. Pogoda idealna do biegania, nie było zbyt gorąco, może trochę momentami mocno wiał wiatr, ale aż tak nie przeszkadzał.

Świetny był doping na trasie - mnóstwo kibiców, do tego sporo zespołów muzycznych. Najbardziej przypadli mi do gustu bębniarze, grali tak głośno, że prawie trzęsła się ziemia! Dodawało to sporo mocy ;-)



Trasa była świetna. Zaczęliśmy niedaleko Alexanderplatz, było widać niedaleko charakterystyczną wysoką wieżę telewizyjną. Potem biegliśmy obok Katedry, by wbiec do alei Unter den Linden. Dalej przebiegliśmy pod Bramą Brandenburską, a za nią cały czas prosto aż do Kolumny Zwycięstwa (Siegesauele). Pierwsze 10 km to była jedna długa prosta! Następnie minęliśmy Schloss Charlottenburg - piękny pałac, który kiedyś zwiedzałem. Skręciliśmy w lewo, by potem wbiec w Kurfurstendamm Strasse (słynny Kudamm). Tam gdzieś na 12 km spotkałem dopingującą rodzinkę - zdążyłem tylko przybić piątki i poleciałem dalej!

Trasa płaska jak stół, lekkie zbiegi czy podbiegi były minimalne. Do tego prawie cały czas biegliśmy szerokimi alejami. Co fajne na trasie były wymalowane takie podwójne linie, przypuszczam, że według tych linii mierzono dystans oficjalny biegu. Można sobie było biec po tych liniach i mieć pewność, że dobrze biegniemy w miarę optymalną trasą ;-)


Tak jak pisałem tydzień temu:

Wymyśliłem sobie następujący plan na ten bieg:

- pierwsze 5 km zrobię w 21 minut
- dystans 10 km pokonam w 43 minuty
- drugie 10 km zrobię w 45 minut
- dystans 20 km pokonam więc w czasie 1:28.

Zostanie mi ostatni kilometr z haczykiem do pokonania i jeżeli pokonam go np. w 4:30, na mecie zamelduję się z czasem 1:33:30. Taki wynik będzie oznaczał życiówkę na tym dystansie.

A jak realizacja?

Pierwsze kilometry biegło mi się znakomicie. Na zegarek kontrolnie tylko rzucałem okiem, żeby upewnić się, że kolejne kilometry pokonuję równym tempem. I to się idealnie udawało.

1 km  3:56
2 km  4:04
3 km  4:09
4 km  4:15
5 km  4:14

Pierwsze 2-3 kilometry szybsze na rozgrzewkę, żeby krew dopłynęła wszędzie gdzie trzeba i mięśnie wzięły się do pracy ;-)

Pierwsze 5 km minąłem pod Kolumną Zwycięstwa w 20:46. Byłem więc zgodnie z założonym planem, a nawet 14 sekund szybciej niż sobie zaplanowałem. Samopoczucie było znakomite, nie czułem w ogóle, że biegłem piątkę w tempie podobnym do mojej niedawnej życiówki na tym dystansie (sierpień 2013 - październik 2014 moja życiówka na 5 km z parkrun wynosiła 20:44).

No nic to biegnę dalej, zobaczymy co się będzie działo potem. W okolicach 6 km był wodopój, wziąłem tylko kilka łyków wody.

Kolejne kilometry mijały szybko, skończyła się długa prosta i dobiegłem do 10 km.

6 km 4:24    (kilka sekund uciekło na wodopoju)
7 km 4:17
8 km 4:17
9 km 4:23
10 km 4:18

Jak widać kolejne kilometry bardzo równo - po ok. 4:17 na km. Do 10 kilometra nadal świetne samopoczucie, brak zmęczenia czy zadyszki! 10 kilometr minąłem w czasie 42:30. Biorąc pod uwagę fakt, że życiówkę na dyszkę mam raptem tylko niecałych 40 sekund lepszą, pomyślałem, że ta życiówka na dyszkę musi niebawem być poprawiona, skoro biegam ją na początku półmaratonu ;-)

Następny kilometr - dwa biegło się nadal świetnie, a wtedy spotkałem rodzinkę dopingującą na Kudammie ;-) 

W okolicach 14 km był punkt z wodopojami i żelami energetycznymi. Jednego porwałem i zjadłem - całkiem smaczny, zielone jabłuszko. Orgowie fajnie pomyśleli, że po niedalekim czasie był drugi wodopój, gdzie można było ten żel popić. Tam chwyciłem coś, co było chyba mocno posłodzoną herbatą i to jeszcze nawet trochę ciepłą. Smakowało całkiem dobrze i poleciałem dalej.

Do mety pozostawało już całkiem niedaleko, wiedziałem, że biegnę szybko jak jeszcze nigdy dotąd.

11 km 4:33 (tu pewnie zatrzymał mnie wodopój)
12 km 4:15
13 km 4:20
14 km 4:26
15 km 4:27

15 kilometr minąłem w czasie 1:04,48. Tak szybko tego dystansu jeszcze nie pokonałem W godzinę pokonałem nieco ponad 14 km, to też mój najlepszy wynik.

Ale trzeba uczciwie przyznać, że w okolicach 14-15 km zacząłem już mieć pewien kryzys ;-) Powtarzanie w myślach "nogi biegnijcie szybciej!" niewiele dawało. W każdym bądź razie nie byłem już w stanie biec tempem z początku biegu. Cały czas z tyłu głowy kołatało mi, żebym pokonał granicę 1:30. Licząc kilometry do mety ten cel jednak nieco się oddalał z każdym kilometrem ;-) Bodajże na 5 km do mety obliczałem w myślach, że musiałbym pobiec ostatnie 5 km poniżej 20 minut, a potem ostatnie 3 km poniżej 12 minut... Raczej nierealne.

16 km 4:26
17 km 4:28
18 km 4:34
19 km 4:46
20 km 4:41
21 km 4:25

Ostatni kilometr - dwa naprawdę próbowałem przyspieszyć, żeby rzucić na szalę wszystko co mi zostało, ale niewiele z tego wyszło, ostatni kilometr i prostą do mety podgoniłem w 4:25. Szkoda, że te ostatnie 6 km wyszło nieco wolniej, gdyby urwać z nich po te 15 sekund, tak jak na początku biegu, wtedy pewnie bym złamał 1:30. Ten plan musi jak widać jeszcze nieco poczekać na realizację ;-)

Ostatecznie uzyskałem na mecie czas 1:32,35, co dało mi miejsce 1.315 OPEN i 217 miejsce w mojej kategorii wiekowej ;-) Tutaj można znaleźć pełne wyniki. W wynikach znajduje się ok. 25.000 biegaczy, więc moje miejsce uznaję za całkiem spoko ;-)

A takie są oficjalne wyniki najszybszych - ciekawy akcent to trzecie miejsce Polki, inna Polka była również na piątym miejscu:

1. Richard Mengich (KEN) 59:58 min
2. Simon Tesfay (ERI) 1:01:00 min
3. Emmanuel Ngatuny (KEN) 1:02:07 min
1. Elizebah Cherono (NED) 1:10:43 min
2. Susan Jeptoo (FRA) 1:10:49 min
3. Agnieszka Mierzejewska 1:11:41 min




Za metą można było jeść do woli bananów, pić wody, herbaty, jak również bezalkoholowego piwa. Fajna była możliwość wydrukowania od razu po biegu od ręki swojego dyplomu, gdzie widniały wszystkie nasze dane, wynik, miejsce i międzyczasy.

Medal całkiem niewielki, kwadratowy - widać, że Niemcy nie przywiązują takiej wagi do medali, jak u nas ;-)

Potem w metrze rozmawiałem z jednym biegaczem z Niemiec, rozmawialiśmy o biegu, narzekał trochę na fragment po kostce brukowej. Pokazałem mu swój dyplom, pokiwał z uznaniem głową. Na moje oko dałbym mu może ok. 40 lat. Kiedy go poprosiłem pokazał mi swój dyplom - też wydrukował - patrzę, a tam czas 1:18 i Platz 1 w kategorii wiekowej M55 ;-) Pogratulowałem mu świetnego wyniku i pytałem czemu nie został na dekoracjach? Odpowiedział, że tutaj w kategoriach wiekowych nie ma żadnych nagród. Zaprosiłem go na jakieś biegi do Polski, gdzie za wygranie kategorii wiekowej na pewno by dostał co najmniej jakiś pucharek ;-) Niestety nie był w stanie zrozumieć gdzie leży Poznań i że to całkiem niedaleko  ;-)

Podsumowując - impreza naprawdę MEGA, za rok na pewno też się tam melduję!

PS. moich zdjęć z biegu nie wykupuję - ceny szalone, życzą sobie "tylko" 54 EURO za kilka fotek - szkoda, że tak drogo.

Howgh!





























Zobacz także

3 komentarzy

  1. Jeszcze raz Gratuluję :)
    Czy Ty aby na pewno biegłeś?, bo na niektórych zdjęciach latasz :)
    R

    OdpowiedzUsuń
  2. To jeszcze raz gratulacje! Świetny bieg i superszczegółowa relacja. :-)
    Czy aby w tym długim rękawie nie było za gorąco? ;-)

    OdpowiedzUsuń

Nieprzychylne, niemiłe i niekulturalne komentarze będą usuwane.

Komentarze

ARCHIWUM