Bieg Piastów 2016 - sobota i bieg na 50,5 km klasykiem

W sobotę 5 marca odbył się bieg główny w ramach jubileuszowego - 40. Biegu Piastów. Biegaliśmy na dystansie 50,5 km stylem klasycznym. Po piątkowym starcie i potem jeszcze bieganiu byłem już trochę zmęczony, ale po pierwszych kilometrach już wszystko było OK.

Ustawiliśmy się wraz z moim kolegą z Olsztyna w pierwszym sektorze, dzięki czemu unikaliśmy tłoku na trasie już na początku biegu. Start był wyznaczony na godzinę 9:00 rano, a na zawody dotarliśmy bezpłatnym autobusem zapewnianym przez organizatorów. Jak się okazało spokojnie można było przyjechać do Jakuszyc autem, bo parkingi były raczej puste.

Rok temu trasa miała podobny dystans i pokonałem ją w 3h i 42 minuty. Wiadomo jednak, że czasów w biegach narciarskich raczej nie ma co porównywać, bo dużo decyduje ukształtowanie trasy (podbiegi, zjazdy) oraz rodzaj śniegu. Jak spadnie świeży śnieg albo deszcz to śnieg jest wolny i nawet mocni zawodnicy biegną wolniej, a jak tory zmrozi, to można pędzić przy niewielkim wysiłku.

Mieliśmy z kolegą biec w zasadzie razem i ewentualnie na trasie zacząć się ścigać, ale raczej w pobliżu siebie. Tymczasem już na samym początku kolega nie dał rady się mnie utrzymać, gdzieś zniknął w tłumie i więcej go nie widziałem na trasie. Jak się potem okazało, ktoś już na starcie go potrącił, zgubił kijek, musiał po niego wracać. W każdym razie cały dystans biegłem sam tylko ze swoimi słabościami i rywalami, których nie znałem.

Pogoda do biegania na nartach była idealna, ok. zera stopni i długimi momentami świeciło piękne słońce! Widoki były niesamowite.

Narty przed startem oddaliśmy do smarowania. Za łącznie 40 zł miały być posmarowane na poślizg, a środek narty na trzymanie (klistrem - to taki mocny klej, substancja chemiczna zastępująca łuskę). Mogę powiedzieć, że były to raczej zmarnowane pieniądze. Narty jechały szybko na płaskim i zjazdach, ale na podbiegach nie trzymały praktycznie w ogóle. Już po kilku kilometrach ślizgały się niesamowicie i nie dawałem rady odpychać się nogami prawie w ogóle. Musiałem wyskakiwać z torów i susami skakać do przodu, zamiast biec, inaczej nie dawało rady. Mocno pracowałem rękami, żeby wpychać się na podbiegach pod górki. A tych podbiegów było całkiem sporo.

Jak się potem okazało, za metą jak zdjąłem narty, zauważyłem, że tego klistra na spodzie nie zostało praktycznie nic. Wydaje mi się, że serwis po prostu bardzo oszczędnie go nałożył i już na samym początku się zdrapał i został na śniegu ;-)

Pomimo to jechało mi się bardzo dobrze, zwłaszcza na płaskim i zjazdach. Sporo osób wyprzedzałem na trasie. Pierwsze kilka kilometrów to wjazd pod górkę jednym duktem i zjazd z powrotem na polanę startową drugim duktem, a więc raczej mało zakrętów i raczej płasko. Pierwsze 5 km pokonałem w czasie 20:30, a po 6 kilometrach mijaliśmy z powrotem polanę startową. Było całkiem sporo kibiców i był głośny doping.

Następny fragment trasy to dłuuuga prosta i zjazdy w kierunku Harrachova. Tak biegliśmy aż do 15 kilometra. Mocniejszy podbieg był dopiero na 16 km, a potem już niedługo był punkt odżywczy obok Schroniska Orle.

Pierwsze 10 km dzięki płaskiej trasie pokonałem w czasie 34:30. No ale wiadomo że cudów nie ma, i to co się zjechało w dół, trzeba będzie nadrobić na podbiegu, który niebawem musiał nastąpić ;-)

Potem była pętla dookoła po lesie i znowu mijaliśmy w oddali Orle. Tak minął dystans półmaratonu - 21 km minąłem w czasie 1:18. Niezły czas ;-) nie do osiągnięcia dla mnie na nogach póki co.

Po minięciu Orlego jechaliśmy trasą z mocnym podbiegiem, przez jakieś 3 km tempo mocno spadło i było trzeba się wdrapywać pod górkę. Po minięciu tego długiego podbiegu zaczęły się fragmenty trasy wokół Samolotu, było kilka pętelek, zjazdy i podbiegi, sporo zakrętów. Fragmenty wokół Samolotu skończyły się w okolicach 35 kilometra i zaczął się fragment trasy w kierunku Szklarskiej Poręby.

Kawałek trasy był mijanką, tzn. trasa była przedzielona i mijaliśmy biegaczy, którzy zmierzali już do mety. Ja widziałem chyba najszybsze panie, mieli już do mety tylko 4 km. Różnica między nami to wtedy było równe 10 km - było to widać po tablicach kierunkowych, u mnie była ustawiona "36 km", a u nich już "46 km".

Zrobiliśmy więc 10-kilometrową pętlę w kierunku Szklarskiej Poręby. Jej końcówka to najcięższy chyba podbieg na całej trasie, moje narty już kompletnie nie trzymały i musiałem wbiegać choinką. Dało mi to mocno w kość.

Dystans maratonu (42 km) minąłem w czasie 2:52.

Ostatnie 6 km to już tylko zjazd duktem do mety. Pewną niespodzianką było jednak poprowadzenie samej końcówki trasą wyczynową przy samej polanie, gdzie również trafił się jeszcze jeden stromy podbieg. Muszę przyznać, że ta końcówka to już była męczarnia ;-)

Za metą chwilą odsapnąłem, odebrałem na szyję należny medal i czekałem cierpliwie na mojego kolegę. Myślałem, że pewnie jak zwykle będzie gdzieś niedaleko mnie - czasem to ja byłem minutę z przodu, a na tak długim dystansie zwykle przegrywałem o kilka minut. Tym razem czekam, czekam, czekam a minuty mijają. Dobiegł do mety jakieś pół godziny po mnie, wyczerpany mocno.

Za metą udzieliłem jeszcze wywiadu na żywo do TV Info z Wrocławia, ale na necie nie mogę nigdzie znaleźć tego materiału.

Jak się potem okazało, na mecie zameldowałem się w czasie 3:33,07. Oznacza to 277. miejsce na 1.426 biegaczy. Jest to oczywiście mój rekord na tym dystansie, poprawa jest o jakieś 10 minut w stosunku do zeszłego roku.

Pełne wyniki biegu można znaleźć tutaj.

Bieg zorganizowany super, bogate punkty odżywcze, za metą fajny posiłek, dobrze zorganizowane szatnie, depozyt, przebieralnie itd. Atmosfera świetna, pogoda dopisała. To był wspaniale spędzony sobotni poranek!

Jechałem na butach z decathlonu które opisywałem tutaj - sprawiły się bardzo dobrze, nie przeciekały i co najważniejsze nigdzie mnie nie obtarły przez tak długi dystans. Narty użyłem Fishera combi, niby posmarowane na trzymanie.























Zobacz także

0 komentarzy

Nieprzychylne, niemiłe i niekulturalne komentarze będą usuwane.

Komentarze

ARCHIWUM