Jak to w Szamotułach było

W niedzielę 18 października 2015 r. zawitaliśmy do Szamotuł. O 11 startował bowiem V Samsung Półmaraton. Postanowiłem pojawić się na starcie i w tym roku. Inaczej nie wypadało, skoro byłem tam rok i dwa lata temu!

Pamiętam mój pierwszy start w Szamotułach w 2013 roku. Był to mój dopiero drugi półmaraton i to po długiej przerwie od debiutu w Poznaniu (kwiecień - październik). Pamiętam, że umęczyłem się wtedy nielicho a na mecie zameldowałem się z nędznym czasem 1:53. I tak stanowiło to wówczas moją nową życiówkę poprawioną o 5 minut ;-)

Z kolei w 2014 roku pobiegłem tam już trochę szybciej, bo na mecie zameldowałem się z czasem 1:40. Bieg pamiętam z faktu wspólnego pokonania prawie całej trasy z Cezarym ;-)

W tym roku mój wyjazd do Szamotuł był nieco inny - z prostego powodu - w zeszłą niedzielę przebiegłem maraton przez trzy dni tak bolały mnie nogi, że nie byłem w stanie za bardzo nawet chodzić.





Pomimo pewnych kłopotów z odebraniem pakietów i dojazdem, udało się dotrzeć szczęśliwie i na czas do Szamotuł. Pakiet startowy - numer startowy i chip, do tego plecaczek, a w środku dosyć gruba w miarę fajna koszulka i dwa piwa Grodziskie - smakują wybornie! Rano niebo przywitało nas deszczem, na szczęście potem przestało padać i pogoda była w zasadzie idealna do biegania. Ubrałem się identycznie jak na maraton, jednak nie wziąłem rękawiczek, a pod nogawki spodni założyłem opaski kompresyjne.

W biurze zawodów na minus gigantyczne kolejki do odebrania pakietów. Do tego któryś z mądrych z ekipy o 9.30 zamknął drzwi wejściowe do sali gimnastycznej, gdzie były wydawane pakiety. Z nami w środku! Miało to niby zmobilizować ludzi do odbierania pakietów w czasie działania biura zawodów, które miało być zamknięte o 9.30 a więc półtora godziny przed startem biegu. Nie miało to większego sensu.

Po starcie ruszyłem dosyć szybko. Tak jak pisałem wyżej aż do środy ledwo żyłem. W czwartek czułem się juź nieźle i dołożyłem do pieca - ciężka godzina na siłowni, potem basen godzinny trening na Posnanii, a wieczorem półtora godziny ganiania za piłką na orliku! Ból nóg wrócił ze zdwojoną siłą w piątek rano ;-)

Pierwsze 5 km zameldowałem się po 21 minutach. Dyszka zrobiona w 44 minuty. Idzie więc dobrze ;-) Po godzinie biegu 13,33 km na liczniku. I wtedy zaczęły się schody, biegłem coraz wolniej i nie dało się przyspieszyć.  Kolejne kilometry mijały w tempie 4.50 - 4.57 i nie dało się szybciej. Niestety na tym etapie nie byłem w stanie pokonywać tego szybciej.

Na mecie zameldowałem się z czasem 1:38, więc i tak całkiem przyzwoicie. Dało mi to miejsce 331 na 1352 osoby.

Bardzo podobał mi się mim - którego widać na powyższych zdjęciach ;-) Potrafił rozbawić towarzystwo.

Za metą dosyć skromnie - tylko makaron z sosem bolońskim, żadnego ciepłego napoju nie znalazłem. Punkty odżywcze zorganizowane w miarę dobrze, głównie woda i izotonik. Na trasie wypiłem tylko ze dwa razy łyka izotonika i nic więcej mi nie trzeba było. Przed biegiem zjadłem natomiast dwa żele ALE jabłkowe i one były w porządku, zwłaszcza że nie zjadłem prawie nic na śniadanie ;-)

Była to już moja trzecia wizyta w Szamotułach. Ten półmaraton towarzyszy mi praktycznie od początku mojej przygody z biegami masowymi i przypuszczam, że w przyszłym roku znowu pojawię się na trasie ;-) Ciekawe czy tendencja czasowa z poprawą zostanie utrzymana?

1:53 - 1:40 - 1:38.

Może za rok w okolicach 1:30 dam radę ???

No nic to, plany planami. W najbliższą sobotę będę nad Rusałką, najpierw z Ignacym na biegach dla dzieci, a potem samemu zmierzę się z trasą 5 km dookoła jeziora w ramach cyklu City Trail ;-)

Zobacz także

0 komentarzy

Nieprzychylne, niemiłe i niekulturalne komentarze będą usuwane.

Komentarze

ARCHIWUM