Kórnik Triathlon 2015

No to już po dzisiejszych zawodach. W pierwszej kolejności dziękuję za komentarze i otrzymane gratulacje - przede wszystkim od Roberta, oraz od Agnes, która nawet mi dopingowała na trasie ;-) Niestety po wybiegnięciu z wody skupiałem się na tym, żeby dolecieć do strefy zmian i płynnie zdjąć piankę i patrzyłem tylko pół metra przed siebie pod nogi, żeby w nic nie przywalić ;-) W efekcie żadne sygnały z zewnątrz do mnie nie docierały. Co innego potem - na rowerze i na biegu z przyjemnością machałem do w miarę licznych kibiców oraz fotografów, co mam nadzieję zaowocuje fajnymi zdjęciami z imprezy.

W Kórniku triathlon odbywał się na dwóch dystansach - wcześniej rankiem wystartowali zawodnicy na dystansie 1/10 IM i ten dystans ukończyło 262 zawodników. Nasz dystans to popularna 1/4 IM, a na mecie zameldowało się ostatecznie 273 triatlonistów.

Na początek relacji kilka świeżych fotek:








Dla spragnionych pełnych wyników tych zawodów - można je znaleźć tutaj.

Do Kórnika dojechaliśmy bez problemu, praktycznie w 15 minut byliśmy na miejscu. Pomimo moich obaw odnośnie korków na trasie katowickiej (remont wiaduktu nad autostradą, żadnych korków nie było. Ponoć porządny remont zaczyna się tam dopiero jutro, poza tym w niedzielę dziwne by było gdyby był duży ruch. Udało się zaparkować dosyć blisko strefy zmian i biura zawodów, znacznie bliżej niż parkingi sugerowane przez organizatorów, którzy proponowali parkować prawie przy samym wjeździe do Kórnika, jakiś 1 km od strefy zmian ;-) Tymczasem znacznie bliżej było sporo wolnych miejsc. To dobrze, bo świadczy o tym, że wielu zawodników jechało wspólnie w jednym aucie, a nie każdy w swoim i potem korkuje się miasto, trudno zaparkować, dostać się na miejsce imprezy.

Do strefy zmian była spora kolejka, ale udało się dosyć szybko wejść i ustawić wszystkie rzeczy tak jak trzeba. Jedynym minusem był dosyć duży tłok w strefie zmian, ale nie ludzi tylko rowerów, wisiały one praktycznie jeden obok drugiego. Potem miałem mały problem żeby sprawnie wyjąć rower bo zahaczał o sąsiada, ale jakoś się udało.






Ubrany w nowy strój - kombinezon tri od MartomBike, w barwach Triathlon Czerwonak, z pianką w ręku, udaliśmy się na miejsce startu pływania. Było ono położone jakieś 250 m, a wejście do wody było położone obok mola. Wbrew obawom woda nie miała niskiej temperatury, oczywiście nie mam termometra w głowie, ale nie było czuć zimna, wchodząc do wody.



W ogóle pogoda myślę, że dopisała, jak na koniec września to było praktycznie idealnie. Jeszcze wczoraj było pięknie, świeciło słońce i było cieplutko i bez wiatru. Jednak w nocy dosyć mocno padał deszcz, tak że jak rano zajrzałem za okno, to się lekko przeraziłem - mnóstwo ciemnych chmur, padający deszcz i dosyć przenikliwe zimno... Asekuracyjnie spakowałem dodatkowo wiatrówkę i koszulkę na rower z długim rękawem (niedawny zakup z Lidla, jeszcze nie miał okazji pokazać co potrafi), ale ostatecznie w miarę upływu czasu było coraz ładniej. Już od rana nie padało zbyt mocno, a momentami wychodziło słoneczko zza chmur. W każdym bądź razie asfalt szybko wysechł, tak więc zapowiadał się świetny i co najważniejsze bezpieczny wyścig, bez stresu na każdym zakręcie przed wywrotką.



15 minut przed startem ubraliśmy pianki, w celu rozgrzewki wszedłem do wody i przepłynąłem kilka metrów, wszystko było w porządku.

W ogóle muszę dzisiaj pochwalić swoje zdrowie, zwłaszcza lewe kolano i prawą stopę, że już praktycznie w zupełności przestały mi dokuczać. W każdym bądź razie od jakichś 3 tygodni to były moje pierwsze zawody, gdzie cały dystans pokonałem bez praktycznie żadnego bólu. Niestety te ostatnie trzy tygodnie to ciągłe smarowanie Altacetem, psikanie zamrażaczem bolących miejsc i oczekiwanie, kiedy wreszcie przejdzie ból. Dotyczy to zwłaszcza prawej stopy, gdzie w okolicach achillesa przypałętało się jakieś bolesne paskudztwo, chyba z przemęczenia tej części stopy. Wyglądało to tak, że rano byłem w stanie w miarę bez bólu przebiec np. parkrun w Łodzi czy w Żarach (5 km), ale potem wieczorem już ledwo byłem w stanie iść bez kulenia, a udział w zawodach wieczornych na dyszkę w Łodzi (Bieg Fabrykanta) czy w Nocnym Biegu Bachusa przypominał już drogę przez mękę. Teraz przez kilka dni jeszcze będę się starał odciążać tę część stopy, mam nadzieję że będę już mógł o niej zapomnieć.



Wracając do relacji z Kórnika - start pływania był zaplanowany z wody tuż obok mola o godzinie 13:30. Kiedy już wszyscy weszli do wody, zaczęło się oczekiwanie na sygnał startu. Trochę długo to trwało i wielu zawodników zaczęło dyskretnie przesuwać się już do przodu ;-) Podpłynęli ratownicy na łodziach i trochę cofnęli zawodników. Ogólnie jak obserwuję starty w triathlonie, to wydaje mi się, że dobre zorganizowanie startu i jego miejsca jest dosyć kłopotliwe. Nie da się bowiem na wodzie wyrysować prostej linii, zrobić dmuchanych band, bramy startowej. Często organizatorzy mają z tym kłopot, przykładowo dzisiaj startowaliśmy takk naprawdę jakieś kilkanaście-kilkadziesiąt metrów od mola (gdzie chyba pierwotnie miał być start, ale organizatorzy machnęli na to ręką), a w Bydgoszczy na triathlonie jedna z boi, która wyznaczała linię startu... zerwała się z holu i odpłynęła z prądem rzeki, a wraz z nią dwóch zawodników, którzy dopiero po dłuższej chwili zauważyli, że oddalają się w siną dal ;-) Myślę, że każdy organizator triathlonu powinien dobrze przeanalizować miejsce startu i tak je zorganizować, żeby wszyscy wiedzieli w którym miejscu on jest na wodzie, i należy tego przestrzegać. Przykładowo dzisiaj start powinien być najlepiej pod samym molem i wtedy wszyscy by wystartowali z jednego miejsca.



Start pływania odbywał się więc obok mola, na którym zgromadziło się mnóstwo kibiców, głośno dopingujących pływaków. Sami triathloniści też przed samym startem wszyscy wydali głośny okrzyk oznaczający gotowość do walki z trasą, przeciwnikami i samymi sobą przez najbliższe godziny!



Wreszcie ruszyliśmy. Na początku nie płynęło mi się zbyt dobrze. Zauważyłem, że chyba w każdych zawodach mam to samo, że po rozpoczęciu pływania prawie od razu zaczyna brakować mi tchu, oddychanie za każdym zamachem prawej ręki nawet mi nie wystarcza i muszę się "wydyszeć". Nie wiem czym jest to spowodowane, ale muszę jakoś to poprawić, żeby następnym razem ruszyć swobodniej od samego początku. Teraz całe płynięcie do pierwszej boi było walką z oddechem, żeby mój się naoddychać i móc mocno i szybko machać rękami. Dopiero po nawróceniu wokół pierwszej boi - a płynęliśmy trójkątem, wokół dwóch boi - rozpocząłem w miarę normalne płynięcie. Oddech się uspokoił i mogłem się skupić na miarowych ruchach rąk. Pianka fajnie się spisywała, w miarę nie krępowała ruchów, było mi w niej ciepło, a wyporność też pomaga.



Dopłynąłem do wyjścia z wody. Jak się potem okazało w wynikach, w samym pływaniu zająłem 62. miejsce open z czasem 15:13 min.




Najlepsi popłynęli w okolicach 11-12 minut, tak więc straciłem jakieś 3 minuty. Przez zimę przed kolejnym sezonem postaram się trochę poprawić to pływanie, żeby taką stratę zminimalizować i żeby była ona mniejsza. Zapisałem się już zresztą na treningi pływackie na Posnani, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Biegnąc do strefy zmian udało mi się już w połowie zdjąć piankę, a w samej strefie zmian dosyć szybko przebrać na rower. Muszę przyznać że trochę się obawiałem zimna, bo nie miałem żadnego ręcznika, a z całego stroju i opasek kompresyjnych normalnie kapała woda. Ale na rowerze szybko wszystko wyschło i jechało się dobrze. W pierwszej strefie zmian byłem 2:53 min., przeciętnie, podobnie jak wielu innych zawodników.

Kask na głowę, okulary, skarpety, buty rowerowe i można lecieć dalej. Wyjechałem na trasę rowerową i dosyć szybko nabrałem konkretnej i niezłej prędkości, na początku miałem średnią w okolicach 38 km/h. Wyścig to klasyczna czasówka, z zabronionym draftingiem (jazdą na kole). Sama trasa roweru to dojazd ok. 2 km i potem trzy okrążenia wokół jeziora, całość miała ok. 44 km. Trasa dobra, szybka, niewiele dziur, w miarę równy i dobry asfalt.



Co ciekawe po drodze można było zobaczyć i usłyszeć wyścigi samochodowe, gdyż w pobliżu drogi gdzie jechaliśmy akurat odbywał się jakiś wyścig - chyba samochodów - złomów ;-) Zjechało tam sporo osób, pewnie z okolicznych wiosek, dla których takie jazdy to niezła atrakcja ;-)

Jadąc rowerem wyprzedziło mnie tylko ok. 10 osób, wszyscy na dobrych rowerach czasowych, z kolei ja myślę wyprzedziłem trochę więcej osób, potem też dublowałem inne osoby, gdzie ja np. jechałem 3 okrążenie, a inni dopiero drugie. Tak to tylko oceniam patrząc po ich prędkości, bo tak naprawdę to nie wiedziałem na którym okrążeniu ktoś jedzie.

Starałem się ładnie kręcić młynkiem, dosyć często szarpać, stawać na pedałach, co dawało na chwilę niezłe przyspieszenie. Dzięki temu nie ugrzązłem w jednej pozycji i nie łapały mnie żadne kolki czy s kurcze, chociaż momentami czułem, że nogi pracują już na granicy.

W miarę upływu czasu trochę niestety wzmógł się wiatr, który trochę mógł przeszkadzać - no ale wszyscy mieli te same warunki. Narastające zmęczenie uniemożliwiło mi tak szybkie kręcenie i tempo niestety trochę spadło.



Pod koniec ostatniego okrążenia średnia prędkość mi spadła jak pokazywał licznik do 34,7 km/h, końcówkę jednak jeszcze trochę przyspieszyłem i całość wyszła średnio 35 km/h. Czasowo wyszło to 1:16,36, co dało 69 miejsce open na etapie rowerowym. Na koniec etapu rowerowego już mocno bolały mnie nogi, miałem obawy czy dam radę w miarę szybko biec.

Najlepsi na rowerze pojechali 1:02 - 1:06 - i są to również zwycięzcy open, widać że często etap rowerowy jako najdłuższy decyduje o wygranej, zwłaszcza przy zakazanym draftingu i jeździe na kole. Jest to zrozumiałe, skoro na rowerze spędzamy na zawodach najwięcej czasu (pływanie raptem kilkanaście minut, bieganie najlepsi w okolicach 40 minut i mniej). Jak więc widać straciłem do najlepszych kolarzy jakieś 10 minut. Postaram się to poprawić w przyszłym roku, przez jesień i zimę mocniej trenując nogi, a także pomyślę nad zakupem lemondki.

Po zeskoczeniu z roweru, w strefie zmian zostawiłem kask, czapka na głowę, o mało nie wywróciłem całej strefy zmian (tej długiej rury na której wiszą rowery), bo wbiegłem od złej strony i musiałem się przecisnąć pod spodem ;-) Ale jakoś dałem radę i po zmianie butów ruszyłem na trasę biegową.

Po dobiegnięciu w kierunku jeziora, trasa poprowadzona była promenadą, trzeba przyznać że jest to jedna z ładniejszych i efektowniejszych tras biegowych podczas triatlonów w Polsce. Łagoda bryza od strony jeziorka, fajna równa nawierzchnia z kostki, obok rosną trzciny i tataraki, sporo kibiców na trasie. Bieganie obejmowało dwie pętle, biegło się do końca promenady i kilkaset metrów w miasto, tam nawrotka na trójkątnym rondzie, z powrotem do mola, kółeczko do strefy zmian, i potem drugi raz to samo - promenadą do końca i z powrotem. Ciekawy był fragment trasy, gdzie było trzeba zbiec z promenady i po kilkudziesięciu metrach obiec dookoła... budynek ;-)

Biegło mi się w miarę dobrze, nie miałem jakiejś zadyszki czy kryzysu. Myślę jednak że nie dałem z siebie wszystkiego, takie przynajmniej miałem wrażenie, cały czas miałem w głowie że jeszcze kawał trasy przede mną... Gdyby to była piątka, pewnie pobiegłbym szybciej, tak jak w Bydgoszczy, gdzie złamałem 20 minut na 5 km. Tutaj jednak nie wychodziłem za bardzo poza strefę komfortu.

Poszczególne kilometry to od początku 4:16, 4:29, 4:38, 4:40 / km, a potem Garmin zwariował i przestał zliczać.... W każdym bądź razie 10,55 km przebiegłem w 47:44 min, co dało miejsce open w samym bieganiu 91.



Podsumowując w porównaniu z planami i założeniami, to pływanie wyszło całkiem w porządku, chociaż gdyby nie jakaś dziwna zadyszka i niemoc na samym początku, pewnie gdzieś z minutkę dałoby się urwać. Rower wyszedł zgodnie z założeniami, miało być 35 km/h i dokładnie tyle było. A na początku nawet szybciej. Bieganie też zgodnie z planem - dyszka miała być przebiegnięta w 45-46 minut plus te 500 metrów. Całość wyszła w 47:44, więc dyszka wyszła pewnie w jakieś 44-45 minut. Zmiany też wyszły mi chyba nienajgorzej, zbyt wiele tam nie straciłem i pewnie nie będę już w stanie szybciej zakładać butów ;-)

I teraz najważniejsze - planem było zbliżenie się do czasu łącznego 2:30. Tymczasem czas który dzisiaj osiągnąłem, to 2:23,44 h. Wspaniała życiówka! Poprawa o jakieś 20 minut ;-) Na etapie biegowym co jakiś czas patrzyłem na zegarek i zastanawiałem się, ile mam jeszcze czasu do tych 2:30 na mecie. Widziałem, że jest to w zasięgu, byleby nie zwolnić biegu. To się udało i to jeszcze jak! Kilka minut poniżej. Miejsce na podium open dawał dzisiaj wynik na poziomie 2:03. Natomiast miejsce na podium w mojej kategorii wiekowej M30 (bez dublowania nagród w open), dawał czas 2:09. Fajnie wiedzieć, że do zwycięzcy straciłem "tylko" 20 minut, a do podium w kategorii wiekowej brakuje mi "tylko" 14 minut. Przykładowo w maratonie to jest niemożliwe, gdzie zwycięzca zwykle z Afryki ma czas rzędu 2:10 - 2:15, gdzie pewnie stracę do niego półtora albo i dwie godziny ;-)

W zapowiedzi tego startu pisałem, jaki chcę osiągnąć czas i to się udało spełnić z nawiązką. Natomiast co od miejsca w zawodach, to widocznie wystartowali dzisiaj sami zawodowcy, bo tak fajny czas dał mi miejsce 69. open na 273 zawodników.

Co zwraca uwagę, to bardzo mała liczba pań startujących dzisiaj na dystansie 1/4 IM. Na mecie zameldowały się zaledwie 32 panie, a więc w okolicach 10 % wszystkich uczestników....

Na mecie na wszystkich czekały oczywiście ładne medale, można też było do woli pić wody oraz izotoniku, zjeść też banany z czego nie omieszkałem skorzystać. Po wyjściu ze strefy mety dawano również posiłek - całkiem smaczny makaron z sosem bolońskim, i to naprawdę duża porcja.

Po odebraniu rzeczy i roweru ze strefy zmian poszliśmy sprawdzić wyniki i potem na dekoracje. Całą imprezę prowadził Paweł Bondaruk, który trzeba przyznać potrafi to robić. Podobnie jak w Bydgoszczy, fajnie wszystko prowadził, sprawnie mówił i co najważniejsze z sensem. Fajny był też gość od nagłośnienia, bo puszczał fajne energetyczne kawałki.

W momencie kiedy dobiegałem do mety, akurat zaczął padać deszcz. Na szczęście jednak niezbyt mocno, a po jakichś 10 minutach przestało padać i pogoda zrobiła się z powrotem całkiem przyjemna jak na tę porę roku.

Na dekoracjach zdarzył się mały zonk, bo spiker otrzymał chyba błędną kartkę z wynikami i w kategorii kobiet K20 wywołał na podium zupełnie inne dziewczyny, niż te które wygrały tę kategorię. Co dziwne one bez szemrania weszły na scenę i odebrały nagrody... Ja na ich miejscu bym wyjaśnił spikerowi, że coś jest nie tak, że przecież nie wygrałem. No nic to, po zwróceniu uwagi przyznano się do omyłki i po chwili wywołano prawidłowe osoby... Mały zonk, ale przy okazji jedna z osób wykazała się wspaniałą postawą fair play. Spiker powiedział bowiem, że nikt nie będzie już im odbierał nagród, które odebrały. A były to pamiątkowe statuetki, oraz teczuszka, w której jak się potem okazało był voucher do hotelu Rodan, na weekend dla dwóch osób, ze śniadaniem i wstępem na atrakcje sportowe takie jak siłownia czy tenis. A była to całkiem cenna nagroda, bo jak widzę na stronie internetowej hotelu, dwa dni w tym hotelu w apartamencie kosztują ponad 300 zł. No i osoby, które odebrały nagrodę niesłusznie wskutek omyłki, wzięły te nagrody, a dziewczyny które naprawdę były najlepsze w tej kategorii wiekowej, ich nie otrzymały - bo organizator widocznie nie miał gotowych dodatkowych nagród "rezerwowych".

I wtedy dziewczyna nagrodzona jako zwyciężczyni (która nią nie była) podeszła sama, z własnej woli i inicjatywy do prawdziwej zwyciężczyni kategorii i wręczyła jej te nagrody, mówiąc że jej się należą!



Wspaniała postawa fair play, którą uważam organizatorzy powinni nagrodzić jakąś dodatkową nagrodą za takie zachowanie. To było naprawdę świetne.

Po dekoracjach i wypiciu pysznej kawki, można było się udać do domu, zmęczony ale szczęśliwy i z głową pełną wrażeń.

To był ostatni start w triatlonie w tym sezonie. Następny najpewniej dopiero w maju 2016 roku, a więc sporo miesięcy jeszcze zostało. Mam nadzieję, że przez zimę nabiorę formy i do startów w triatlonie w 2016 roku uda mi się podejść w świetnej formie ;-)  Mam w planach starty m.in. w Poznaniu na sprincie, a także w Sierakowie (już zapisany na obydwa wydarzenia - im wcześniej zapisy tym znacznie taniej), zapewne będę chciał wystartować ponownie w Triatlonie Lwa w Lusowie, oraz w Bydgoszczy. Być może uda mi się załapać na jakiś fajny start nad morzem - w Kołobrzegu, oraz w Gdyni, a może jeszcze Szczecin - się zobaczy!

Piona dla wszystkich!

Zobacz także

3 komentarzy

  1. gratulacje, aż się zimno robi, kiedy się patrzy, a jeszcze biec, płynąć i jechać? Tylko mogę dodać wow

    OdpowiedzUsuń
  2. .... relacja równie długa jak sam triathlon :)
    R

    OdpowiedzUsuń

Nieprzychylne, niemiłe i niekulturalne komentarze będą usuwane.

Komentarze

ARCHIWUM