Parkrun Łódź

W ostatnią sobotę 18 kwietnia 2015 r. byliśmy już w Łodzi, a właściwie w Zgierzu. Parkrun w Łodzi jak na całym świecie odbywa się o godzinie 9:00 rano. Żeby w spokoju dojechać, trafić na miejsce, zaparkować, ruszyłem ze Zgierza kilka minut po godzinie 8 rano. Nawigacja dobrze mnie doprowadziła. Miałem w planach zaparkować w pobliskim centrum handlowym, które miało być tylko 200 m od startu biegu. Jak się okazało na miejscu, nie było takiej potrzeby. Sporo wolnych miejsc było przy wjeździe do tego centrum handlowego przy ulicy Radwańskiej.



Po zaparkowaniu samochodu udałem się w poszukiwaniu startu. Nie było to trudne, bo już było widać całkiem pokaźną grupkę osób rozkładających flagi, maszty i tym podobne sprzęty startowe parkruna. Sporo osób zmierzało również w okolice startu. Po krótkiej rozgrzewce po parkowych ścieżkach można było udać się już na miejsce startu.


W ten dzień poranek był wyjątkowo zimny, momentami nawet kropił zimny nieprzyjemny deszcz. Chwilami też dosyć mocno wiało. Krótko mówiąc pogoda była wyjątkowo niesprzyjająca aktywnościom na świeżym powietrzu.

Spośród biegaczy zauważyłem, że bardzo niewielu nosiło na sobie parkrunowe koszulki z oznaczeniem 50 bądź 100 biegów. Zanotowałem chyba jedynie z 2-3 osoby w charakterystycznych czerwonych koszulkach, a "setki" nie miał chyba nikt. Było to jednak chyba spowodowane pogodą - po prostu wszyscy poubierali długie rękawy i kurtki, bo było zimno.



Przed samym biegiem organizator wygłosił cotygodniowe "kazanie" ;-) na temat sponsorów i innych aspektów organizacyjnych biegu. Kilka osób debiutowało i otrzymali zasłużone oklaski. Swoją drogą ja również debiutowałem w Parkrun Łódź, ale głupio mi było podnieść rękę, skoro miałem na sobie czerwoną "firmową" koszulkę oznaczającą przebiegnięcie do tej pory minimum 50 parkrunowych biegów ;-)

Co równie ciekawe organizator przez megafon wspomniał, że wprowadzono nową funkcję wolontariusza - mianowicie osobę zamykającą bieg. Na stronie fejsbukowej parkrunu wyczytałem u nich, że osoba ta biegnie ostatnia, a w zamian otrzymuje 100 punktów czyli jak za zwycięstwo w biegu oraz liczy się jej kolejny bieg do koszulki. Nie napisali, czy w ciągu jednego cyklu można nim być tylko 3 razy? Pewnie tak. Czy ma mierzony czas? Nie wiem. W każdym bądź razie w tym biegu był taki wolontariusz i miał się w jakiś sposób "opiekować" najwolniejszymi biegaczami. Jeżeli ktoś tego potrzebuje, to czemu nie?

Jak zauważyłem, w Łodzi biega kilka osób które osiągają czasy 40 minut i więcej. Być może dla nich jest potrzebny ktoś, kto w miarę potrzeby ich wspomoże dobrym słowem? Wezwie karetkę? No ale żarty na bok.

Punktualnie o godzinie 9:00 dano sygnał do startu.

Trasa jest kompletnie płaska i prowadzi po parku Poniatowskiego. Ścieżka jest szeroka, częściowo asfaltowa, częściowo żwirowa. Te dwa dziwne zakrętaski po prawej stronie prowadzą niestety po chodniku, którego stan pozostawia wiele do życzenia. Fragment przy ul. Żeromskiego natomiast wychodzi wręcz na zwykły chodnik przy ruchliwej ulicy.



Porównując trasę do poznańskiej Cytadeli, to jest kilka plusów, ale i minusów. Całość trasy na Cytadeli jest kompletnie odłączona od jakichkolwiek ruchliwych chodników, ulic czy dróg. Cytadela jest chyba znacznie gęściej zadrzewiona i obsadzona roślinami. Tutaj w zasadzie rosną tylko drzewa i to też w zasadzie dosyć "gołe" - być może to kwestia pory roku. Na Cytadeli jest znacznie więcej podbiegów i zbiegów - w Łodzi kompletnie płasko. Nawierzchnia w Poznaniu to praktycznie wszędzie równiutki asfalt - w Łodzi jest sporo żwiru i nierównych chodników.

Co jest dobre w Łodzi, to fakt, że przez większą część trasy można obserwować cały "wąż" biegaczy. Zwłaszcza ten fragment po prawej stronie z zawijasami - kończąc górny fragmencik można łatwo rzucić okiem i zobaczyć jednocześnie całą stawkę biegaczy. W Poznaniu są chyba tylko ze dwa miejsca, gdzie można też rzucić okiem na węża - wbiegając pod mostkiem na Rosarium i potem wybiegając z Rosarium. A i tak można zobaczyć tylko malutki fragment "węża". W Łodzi widać ładnie wszystko prawie jak na dłoni gdzie kto biegnie, jak szybko.

W Łodzi trasa parkrunu składa się z dwóch pętli, każde okrążenie ma równo po 2,5 kilometra. Nie wiem czy zaliczyć to na plus czy minus. Z jednej strony trzeba biec dwa razy to samo, co może być dla niektórych nudne. Z drugiej strony fajnie przebiec półmetek, wiemy gdzie jesteśmy i że jest już bliżej niż dalej do mety.

Na punkcie startu organizatorzy ustawili taki ciekawy sprzęt do wyświetlania czasu, chyba domowej roboty. Fajna rzecz, na półmetku biegnąć widzisz upływający czas. Nie zwróciłem na niego uwagi, ale wydaje mi się że nie został uruchomiony. W każdym bądź razie przebiegając półmetek osoba trzymająca stoper mówiła każdemu z biegaczy w jakim czasie pokonał półmetek biegu.

Pewnym minusem parkrun w Łodzi jest fakt, że na miejscu startu i mety nie ma zbyt wielu ławeczek czy miejsca, gdzie można by przysiąść czy też zostawić jakieś rzeczy.



No ale przechodźmy do rzeczy. Parkrun to Parkrun! Wspaniała rzecz niezależnie od trasy.

Trudno mi było oszacować liczbę biegaczy. Na frekwencję pewnie miał wpływ fakt, że dzień później w niedzielę odbywał się łódzki maraton. Dzień przed maratonem to bym nie polecał biegania na 5 km w zawodach ;-) Chyba że ktoś brał udział w biegu na 10 km, tak jak ja.

Łódź słynie z wysokiej frekwencji na parkrunie. Często przychodzi po 200 osób i więcej. Jak się potem okazało, tym razem linię mety minęło 159 osób. Jak na taką pogodę i inne biegi, to uważam jest bardzo dobra frekwencja.

Zaraz po starcie ostro do przodu ruszył tylko jeden zawodnik. Miałem do niego jakieś 5 m, a potem 10 m straty, biegł szybko. Po pierwszym kilometrze byłem na trzecim miejscu. Co ciekawe minął mnie też prawdziwy Kenijczyk z wyglądu ;-)


Pewnie wszyscy od niego oczekują nie wiadomo jakich rezultatów, skoro tak wygląda ;-) Tymczasem on sobie przychodzi po prostu pobiegać. Biega nieźle, całkiem szybko i jak widzę łamie 20 minut na 5 km, no ale nie są to wyniki częstych gości z Afryki na polskich biegach.

Biegłem równym tempem, pierwszy kilometr w 3:51, drugi w 4:11. Trochę mi przeszkadzało zimno, nie wziąłem niestety czapki ani rękawiczek. Trzeci i czwarty kilometr poszły w 4:19 i 4:26. Na półmetku czas 10:08 nie zwiastował jakiegoś świetnego wyniku. Pod koniec biegu wyprzedziło mnie jeszcze kilku szybszych biegaczy. Ostatni kilometr obroniłem pozycję przed jednym atakującym biegaczem i kilometr wyszedł w 3:57.

Tek ktoś z tyłu to ja:



Czas końcowy na mecie to 20:44.

Pełne wyniki biegu można znaleźć tutaj.



Jak się potem okazało na 159 biegaczy zająłem 11. miejsce. Byłem bardzo zadowolony z tego wyniku. Bo biegu szybko udałem się do samochodu żeby się trochę ogrzać. W niedalekiej odległości znajduje się Atlas Arena, gdzie podjechałem w celu odebrania pakietów startowych na kolejne biegi - mój oraz Ignacego.

Tutaj można przeczytać relację prasową z Parkrun.

Następnie skierowałem się z powrotem do Zgierza, żeby wziąć już Ignacego na jego bieg. Ale to już zupełnie inna bajka ;-)

Parkrun Łódź odwiedzony! Na liczniku mam więc teraz oczywiście Poznań, Leszno oraz Łódź. Jeszcze trochę zwiedzania mi zostało!

Podczas tego weekendu biegałem w nowych butach, zarówno bieg jońca, jak i parkrun i potem bieg na 10 km. Pomyślę nad umieszczeniem osobnego wpisu na ich temat, jak na razie jestem z nich bardzo zadowolony. Kosztowały mnie tylko ok. 120 zł, są marki HiTec i prezentują się super. Nie są dla  wszystkich, ale ja lubię niezwykle lekkie buty prawie pozbawione amortyzacji.

Zobacz także

3 komentarzy

  1. Relacja godna mistrza :)
    R_II

    OdpowiedzUsuń
  2. super, szkoda że tak po cichu, wybrałbym się z Tobą:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak zawsze chętnie bym chciał mieć towarzystwo na wyjazd, ale tym razem nie miałbym i tak miejsca - jechaliśmy na cały weekend z żoną i dwójką dzieci ;-) stąd też nie proponowałem wyjazdu...

      Usuń

Nieprzychylne, niemiłe i niekulturalne komentarze będą usuwane.

Komentarze

ARCHIWUM