Mój wydawca jest złodziejem

Do niniejszego wpisu zainspirowała mnie mała aferka związana z rzekomo niskimi zarobkami pisarzy w Polsce.

Niejaka Kaja Malanowska, która nazywa sama siebie pisarką, swego czasu opublikowała na swoim Facebooku następujący wpis:

6.800 zł za 16 miesięcy ciężkiej pracy. Mam ochotę strzelić sobie w łeb.







Nie znam tej pani ani jej twórczości. Nie wiem czy literatura którą ona tworzy jest do kupienia w jakiejkolwiek księgarni. Często wchodzę do różnych księgarni i nie byłem w stanie znaleźć książek, które by ona napisała. Więcej oczywiście można o tej autorce poczytać w internecie, chociaż notki na Wikipedii jeszcze niestety nie doczekała. Można więc wyczytać w różnych miejscach, że z wykształcenia jest biolożką (chyba biologiem?). Nie idźmy serio w kierunku "pani ministry" bo to jest żenujący dowód poczucia braku własnej wartości. Czy ktoś ma się lepiej czuć tylko dlatego że nazywam go ministrą, a nie ministrem? Microsoft Word podkreśla wyraz "ministra" na czerwono, więc takiego słowa nie ma ;-) Biolożka również mi się nie kojarzy dobrze. 

Wracając do tematu - wyczytałem, że z wykształcenia biolożka, napisała doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois at Urbana-Champaign. Felietonistka „Krytyki Politycznej”. Zadebiutowała powieścią "Drobne szaleństwa dnia codziennego" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010), która przyniosła jej uznanie krytyki i nominację do Gwarancji Kultury – nagrody TVP Kultura. Autorka książek "Imigracje" i "Patrz na mnie Klaro!".

Być może brakuje jej po prostu smykałki biznesowej. Ale nie o tym jest ten wpis i dajmy już spokój tej pani.

O zarobkach pisarzy warto poczytać tutaj.

W swoich żalach ta pani pisze m.in. tak:

Problemem jest także rozliczanie autorów w zależności od liczby sprzedanych egzemplarzy - standardem jest 10-15 proc., zdarza się i 18 proc. od ceny hurtowej. Ale nie ma żadnego mechanizmu kontroli, czy wydawca informuje rzetelnie o tym, ile egzemplarzy sprzedał.

Ja jako prosty człowiek stawiam więc bardzo proste pytanie - czy jakikolwiek pisarz jest skazany na pośredników, wydawców i szereg innych osób, które żerują na jego twórczości i z którymi rzekomo musi się dzielić swoimi zarobkami? Który rozsądny człowiek produkujący samodzielnie własnymi rękami czy mózgiem cokolwiek i w jakikolwiek sposób (buty, długopisy, owoce, chleb czy książki) zgodzi się na to, żeby za swoją pracę otrzymać 10 % jej wartości i to od ceny hurtowej, a więc od ceny detalicznej jeszcze mniej?

Czy to jest jakiś cyrograf? Chyba gorsze, bo podpisując pakt z diabłem mamy jakąkolwiek korzyść, a tutaj otrzymując 5 % czy 10 % ceny detalicznej książki z księgarni otrzymujemy jałmużnę.


Zgłaszam więc prosty pomysł racjonalizatorski. W obecnej dobie internetu i powszechnego dostępu do wiedzy wszelakiej, wydanie samodzielnie książki nie jest niczym trudnym. 

Przykładowo tutaj dowiedziałem się, że koszt druku wynosi kwotę rzędu zaledwie 3 - 7 zł netto za egzemplarz. Nie rozumiem więc w czym leży problem, żeby pisarz, który napisał chwytliwą książkę i chce na niej zarobić jakiekolwiek porządne pieniądze, wyda własnym staraniem w drukarni książkę w nakładzie na początek np. 5.000 egzemplarzy. Jak łatwo policzyć koszt tego przedsięwzięcia wyniesie powiedzmy 3 zł x 5.000 = 15.000 zł.

Taki pisarz może potem sprzedawać swoją książkę powiedzmy po 30 zł, co jest ceną z tych niższych spotykanych w księgarniach. Jeżeli uda mu się samodzielnie sprzedać wszystkie egzemplarze, to będzie miał dziesięciokrotną przebitkę i zarobi na czysto 150.000 zł minus 15.000 zł kosztów. 

CZY TO TAKIE TRUDNE?

Tymczasem podpisując cyrograf z wydawcą, jeżeli uda się sprzedać nakład 5.000 książek, to z zarobku 150.000 zł pisarz otrzyma 15.000 zł swojej prowizji. A pozostałe dziesiątki setki tysięcy zabiorą ludzie, którzy nic nie tworzą, nie umieją sami pisać, ale wiedzą gdzie i jak zarabiać pieniądze z pracy innych. Żyć nie umierać ;-)

Oczywiście przykład jest wymyślony z sufitu, liczby kompletnie zmyślone, ale chyba samą ideę można zrozumieć.

Rzućcie okiem na poniższy obrazek.


Wynika z niego, że z ceny książki kosztującej 40 zł ponad połowę (20-25 zł) zabiera ktoś określany jako "hurtownik i księgarnia". Wspaniale! Autor tymczasem, mózg przedsięwzięcia i ktoś to powinien spijać śmietankę, dostaje... 2-4 zł...

Tak więc drogi pisarzu, zanim postanowisz wydać swoje dzieło w jakimkolwiek wydawnictwie, przemyśl ten temat i zastanów się, czy naprawdę nie dasz rady wydać swojej książki samodzielnie, dzięki czemu zarobisz porządne pieniądze. Oczywiście pod warunkiem, że Twoja książka będzie chętnie kupowana przez czytelników ;-)

Sam trochę liznąłem temat wydawania książek, bo jestem autorem takiej oto jednej pozycji:


Książka nie jest chyba najgorsza, skoro jest czasem podawana nawet w wykazie literatury obowiązkowej dla studentów prawa. Z tego co pamiętam, to moja książka była wydana w 2006 roku w nakładzie 1.000 egzemplarzy, w wydawnictwie prawniczym, i dosyć szybko zniknęła z księgarń. I mogę też powiedzieć, że takie wydawnictwo ma na celu zarabianie pieniędzy, a nie dogadzanie finansowe autorom, bo ja nie otrzymałem nawet tych 10 % z ceny hurtowej sprzedanych książek. Uczcie się więc na cudzych błędach ;-)

Nie tylko ja wpadłem na taki pomysł. Pewnie niektórzy kojarzą niejakiego Kominka, który określa się jako najpopularniejszego blogera polskiego internetu ;-) Ten człowiek napisał ze dwie - swoją drogą rewelacyjne - książki. Najpierw też je wydawał tradycyjną drogą, z wydawcami, pośrednikami itd. Pewnie na tym się przejechał jak Zabłocki na mydle, bo były to bestsellery i sprzedawały się w znacznych nakładach. Teraz w kolejnych wydaniach sam wykupił swoje prawa autorskie i wydaje je samodzielnie w swoim wydawnictwie. No i wiadomo o co chodzi - cały zysk zostaje u autora. I O TO CHODZI!

Na marginesie polecam przeczytać te książki, bo fajnie się je czyta i wciągają.



Kominek jednocześnie ruszył ze swoim własnym wydawnictwem JasonHunt Books. Jest to jedyne miejsce, gdzie do kupienia są jego książki. Bloger zdecydował się wykupić z wydawnictwa Zielona Sowa wszelkie prawa do jego drugiej książki "Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj" oraz wypowiedział umowy wszystkim dystrybutorom, księgarniom i serwisom internetowym.

DA SIĘ? OCZYWIŚCIE ŻE SIĘ DA. Trzeba tylko chcieć i chwilę pomyśleć, a nie narzekać na własną głupotę i bezradność.




Czytelnikom, którzy dotrwali do tego miejsca, pozostaje już tylko posłuchać tego oto utworu:










Zobacz także

4 komentarzy

  1. Pani Kaja ,,, mogła sama wydać książkę. W takim układzie "jedynymi - dwoma" Jej problemami byłyby: promocja oraz sieć sprzedaży (ale przy dobrym prawniku i odpowiedniej marży dla sieci nie stanowiłoby to przeszkody nie do pokonania).
    Robert_II

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie takie jest przesłanie mojego wpisu. W obecnej dobie promocja czy sieć sprzedaży nie jest problemem. Wystarczy się rozejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ups. Wczoraj wpis na moim kompie wyświetlił się tylko ... do pierwszego zdjęcia, więc wyszło ja wyszło.

      10 lat temu sam popełniłem i wydałem książkę. Praktycznie bezkosztowo, bo swojej pracy nie liczę.
      Dlaczego, gdyż miałem dwóch hojnych sponsorów, wartościowo w cenie dobrego obiadu od każdego ... Nie podaję kwot, bo wszyscy wiedzą ile dobry obiad kosztuje.
      Do tego trzy osoby dobrej woli: redaktor, grafik, drukarz. I tyle.
      Robert_II

      Usuń
  3. Jeśli komuś nie udaje się w życiu to zaczyna szukać winnych tam gdzie nie trzeba :)

    OdpowiedzUsuń

Nieprzychylne, niemiłe i niekulturalne komentarze będą usuwane.

Komentarze

ARCHIWUM